czwartek, 5 marca 2015

"Ostatnia spowiedź III" - Nina Reichter

Wszystko, co kiedyś się kończy, w tej samej chwili daje czemuś początek.


III tom trylogii

Niemalże rok przyszło mi czekać na finałowy tom "Ostatniej spowiedzi". Druga część bowiem nie tylko bardzo mi się podobała, ale także mocno mnie poruszyła. Zatem cierpliwie oczekiwałam co Nina Reichter, Polka mieszkająca w Niemczech, zaserwuje fanom tym razem. Jak już dostałam książkę w swoje ręce, szybko wzięłam się za czytanie. Okazało się, że porzucanie obowiązków dla wciągającej lektury jest bardzo łatwe.

Ally i Bradin wiodą spokojne, szczęśliwe życie. Są zaręczeni i wierzą, że nic nie zniszczy ich miłości. Jednak po jakimś czasie wytwórnia zgłasza się do wokalisty, wprowadzając w życie zakochanej dwójki dużo chaosu. Bradin musi wyjechać w trasę koncertową, a jest z tego powodu szczególnie niezadowolony, ponieważ producenci wymyślają farsę, którą chłopak ma odgrywać razem ze słynną piosenkarką Violet LaRoch.

Byłam ciekawa, co Nina Reichter wymyśliła, by 3 część była jeszcze bardziej interesująca. Jak pokieruje losami Ally i Bradina, żeby nie ciągnąć fabuły w złym kierunku, a historia tak jak w poprzednich częściach wydawała się być realna? Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, bowiem pisarka potrafi nieźle zaskoczyć, a także namieszać w głowie czytającego. Na dodatek robi to w niesamowity sposób. Po raz trzeci dostałam książkę niebanalną, przesiąkniętą różnymi emocjami, a zarazem przejmującą historię, która wbija
w fotel i sprawia, że niejedna łza pojawia się na twarzy. Jakby tego było mało, wydarzenia sprawiają wrażenie prawdziwych, w powieści nie czuć fikcji, poruszone problemy są problemami dnia codziennego, więc każdy człowiek będzie potrafił znaleźć  w "Ostatniej spowiedzi" coś co przywoła mu jego własne wspomnienia, obawy i lęki. Za każdym razem gdy czytam książki Niny Reichter, czuję się jakbym należała do innego świata, chociaż jest on tak podobny do mojego. Trudno nie związać się z tą historią.

"598 897 znalazło tu miłość, która nie ma początku i nie zazna końca. Miłość stworzoną z setek zdań i tysięcy słów, zmieniających jedno z tak wielu w jedno jedyne. Miłość, która nigdy się nie powtórzy, bo nie ma najmniejszej szansy na powtórzenie rzeczy tworzących zupełność"

Z bohaterami już dawno łączyła mnie zażyła więź, jednak to co przytrafiło im się w tej części jeszcze bardziej mnie dotknęło. Wylałam sporo łez starając się zrozumieć dlaczego sprawy przybrały taki obrót. Autorka pokazała, że życie dwojga ludzi nie będzie udane jeśli ktoś inny będzie usilnie próbował je zniszczyć. 
Z drugiej zaś strony przedstawiła działania i motywy tej trzeciej osoby. W tym tomie bliżej poznajemy Violet LaRoch i chociaż pewnie jak większość z was nigdy nie pałałam do niej sympatią, tak teraz gdy dostrzegłam ją z innej perspektywy zaczęło mi być jej żal. Nie można oceniać kogoś po pierwszym wrażeniu, które może być mylne. Trzeba poznać pełną historię tego człowieka, ażeby móc wydać jakiś osąd. Tak było również 
w tym przypadku. Do Bradina, Ally i Toma mój stosunek się nie zmienił, chociaż z każdą kolejną stroną zauważałam przemianę tych bohaterów.

Jak już wspominałam w poprzednich recenzjach, największym pozytywem tych książek jest nie przepiękna historia, ale styl, w którym została napisana. Nina Reichter nie jest zwykłą autorką, ponieważ potrafi niesamowicie bawić się słowem i w każde zdanie wplata multum emocji. Lekturę czyta się jednym tchem, pochłania się ją, chociaż zdarzają się chwile zadumy i refleksji. Spowodowane jest to tym, że pisarka rozumie czytelnika i porusza zagadnienia, z którymi każdy mógł się w swoim życiu spotkać. Dlatego też, ta powieść tak mocno oddziałuje na czytającego.

Nie sposób opisać tego co działo się ze mną po zakończeniu lektury. Już dawno w moje ręce nie trafiła tak doskonała powieść. Owszem, odważnie mogę stwierdzić, że jest to książka niezwykła. Nieważne bowiem jakich słów bym użyła, nie oddam tych wszystkich emocji, które czuje się przy czytaniu. Mnie pozostało tylko cicho marzyć, by Nina Reichter napisała kolejną książkę. Nie mogę jednak obiecać, że jakakolwiek inna powieść dostarczy mi takich przeżyć jak "Ostatnia spowiedź".

"Cokolwiek się zdarzy, zawsze ma swój powód. Czasami jest to kłótnia kochanków, którzy nie chcą przyznać się do tego, że ich uczucie nigdy nie wygasło. Czasami jest to randka, która nie miała odbyć się w ten sposób. Innym razem to spotkanie, jakie na zawsze ma odmienić losy, które zdawały się już ustalone. Tak czy inaczej, nic nie dzieje się od tak, bez powodu. Bez wachlarza wcześniejszych okoliczności"


___________________________________________________

Po długim okresie absencji, wracam i mam nadzieję, że tym razem na dłużej.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Zagrożeni" - C.J. Daugherty

"Ludzie za łatwo rezygnują z władzy nad własnym życiem."


3 TOM SERII
Za mną już trzy części cyklu młodzieżowego napisanego przez C.J. Daugherty. „Wybrani” to książka, która wprowadziła mnie w historię Allie, mrocznej szkoły Cimmerii i trójkąta miłosnego – rzecz jasna ten na początku wydawał mi się banalny, ale „Dziedzictwo”, kontynuujące opowieść, wniosło wiele świeżości do akcji, przy której serce na chwilę stawało, by potem nagle przyspieszać.

Na szczęście w moje ręce trafił tom 3 – „Zagrożeni”. Trzeba przyznać, że książki tej autorki potrafią mocno wciągnąć, a czytelnik traci przy nich poczucie czasu. Tym razem nie mogło być inaczej, a zaczęło się dosyć kontrowersyjnie.

Po pewnym czasie spędzonym w Cimmerii Allie nie tylko przywykła do Akademii, ale także ją polubiła i zaczęła szanować. Jednakże po śmierci Jo bohaterka na swoją szkołę zaczęła patrzeć w inny sposób, a nawet nie chciała w niej dłużej przebywać. Postanowiła zatem zorganizować ucieczkę. Wymyśliła i dopracowała plan, który zakończył się powodzeniem, lecz poza bezpiecznymi murami budynku dziewczyna przekonała się, że życie zbiega nie wygląda wcale tak, jak sobie wyobrażała.

Autorka od początku stara się z prostego cyklu młodzieżowego stworzyć coś niebanalnego. Odrzuca standardowe rozstrzygnięcia, wplata nowe, nieprzewidywalne koncepty, wprowadza zaskakujące rozwiązania. „Zagrożonych” pisarka zaczęła bardzo dynamicznie, jednak uczciwie trzeba przyznać, że potem spuściła z tonu i akcja była bardziej umiarkowana. Porównując tę część do tomu poprzedniego – „Dziedzictwa”, gdzie podczas czytania wciąż towarzyszył mi niepokój i ekscytacja, „Zagrożeni” wypadli nieco słabiej.

Aczkolwiek myślę, że ważną kwestią, jeśli nie najważniejszą, jest tutaj trójkąt miłosny pomiędzy Allie, Sylvainem i Carterem. Sztampowy, powielany temat, który już mniej interesuje, a bardziej męczy, wbrew pozorom pobudził moją wyobraźnię. Jednak nie przyczynił się do tego Francuz Sylvain. Bohater – w mojej opinii – był beznamiętny. Przedstawienie jego osoby wypadło słabo, mimo iż zdobył liczne grono fanów. Inaczej postrzegam Cartera. W jego zażyłości z główną bohaterką widać chemię, silne uczucie, którego trudno szukać w kontaktach Allie i Sylvaina.

Zupełnie inaczej przedstawia się wątek Nathaniela, który został naprawdę dobrze rozwinięty i jest motorem napędzającym akcję powieści. Do tej pory wiedzieliśmy o bohaterze niewiele. Daugherty postanowiła trochę odkryć karty i przybliżyła nam sylwetkę tego czarnego charakteru. Z początku wydaje się on dysfunkcyjny, a jego pożądanie władzy – niepokojące, lecz jak się z czasem okazuje, to postać wielowymiarowa, która na pewno nieraz jeszcze nas zaskoczy – przynajmniej tego można oczekiwać.

"- Jak można z kimś być i… no wiesz… kochać go, a potem stwierdzić, że już się nie kochacie? To chyba niemożliwe."

Z każdym tomem serii możemy dostrzec pewien rodzaj ewolucji warsztatu pisarskiego autorki. Nie boi się bowiem wyzwań, stawia na emocje i liczy się z czytelnikiem. Wciąż popełnia pewne błędy, które wkradają się do tekstu, ale jest to jednak dobra literatura młodzieżowa. Trzecioosobowa narracja oraz przyjemny w odbiorze styl niewątpliwie zachęcają do czytania.

W „Zagrożonych” dynamiczna akcja miesza się z romansem, występują wątki kryminalne czy opisy więzów rodzinnych. Jednak wydaje mi się, że, niestety, tej historii brakuje czegoś, przez co zostałaby zapamiętana i zaskarbiła sobie serca czytelników. Od książek oczekuję ogromnej i nieustającej dawki emocji, których tutaj trochę brakuje. W C.J. Daugherty dostrzegam potencjał i wierzę, że spełni się pisarsko i zyska większe grono odbiorców. Jak dotąd bowiem jest nowicjuszką, choć – trzeba to przyznać – bardzo dobrze rokującą.

Serie wydawnicze mają to do siebie, że wiążą czytających na dłużej. Po trzech tomach sama tego doświadczyłam i już w jakimś stopniu jestem przywiązana do „Wybranych”. Ponadto aktualnie wyczekuję kolejnej części, a ufam, że będzie ona jeszcze lepsza i dostarczy kolejnych pozytywnych wrażeń – zarówno mnie, jak i innym wielbicielom cyklu.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


sobota, 8 lutego 2014

"Podwieczność" - Brodi Ashton

"Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą. "

O Mitologii uczymy się już w szkole podstawowej, historia greckich Bogów jest znana niemalże każdemu, jednak osobiście nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z książką nawiązującą do konkretnego mitu. "Podwieczność" zachwyciła mnie już po spojrzeniu na oprawę graficzną, lecz gdy dowiedziałam się, że powieść skupiona jest wokół mitu o Orfeuszu i Eurydyce, wielce przeze mnie uwielbianego byłam wręcz wniebowzięta. Tak czy inaczej nie mogłam spodziewać się co ta książka zrobi z moim stanem emocjonalnym.

Po stu latach spędzonych w Podwieczności, nazywanej piekłem czy podziemiem Nikki wraca na Powierzchnię, na której w przeliczeniu minęło 6 miesięcy od jej zniknięcia. Dziewczyna złączona z Cole'm przez wiek powoli zapominała o swojej rodzinie i poprzednim życiu, jednak cały czas pamiętała chłopaka, któremu oddała serce. Zapomniała o tym kim był, nie pamiętała jak się nazywa, ale jego obraz cały czas utrzymywał się w jej głowie i to dla niego postanowiła wrócić. Niewątpliwie nie spodziewała się jak bolesny może być jej powrót dla wszystkich bliskich osób, a także dla niej samej. Szczególnie, że czas na Powierzchni był ograniczony. By naprawić swoje stosunki z rodziną i przyjaciółmi dostała sześć miesięcy, następnie miała na zawsze zniknąć w Tunelach.

Być może zacznę od banału, ale nie spodziewałam się. W momencie kiedy "Podwieczność" wylądowała w moich rękach oczekiwałam raczej przewidywalnej powiastki, albowiem patrząc na fakt, że Brodi Ashton jest debiutantką nie mogłam mierzyć wyżej, przyzwyczajona, że wiele razy w taki sposób się zawiodłam. Pierwszym zaskoczeniem było przedstawienie Podwieczności, w której bytują Wiecznie Żywi karmiący się Dawcami. Nikki należy do tej drugiej grupy, a Cole do pierwszej. To był zalążek czegoś nowego i intrygującego co sprawiło, że czytałam dalej. Kolejnym motywem, który mnie urzekł to możliwość karmienia się uczuciami innych ludzi. Jakby to było czuć emocje otaczających mnie osób, móc im je zabierać i przynosić ulgę? Zbawienie czy może przekleństwo? Czytając zastanawiałam się czy chciałabym oddać wszystkie uniesienia i ekscytacje. To dowód na to jak książka oddziałuje na psychikę czytelnika i zmusza do przemyśleń. Czasami nawet bardziej głębszych, a przecież spodziewałam się pustego tekstu, który nic nie wniesie do mojego życia.

Gdyby to nie było wystarczające zjednoczyłam się z Nikki i jej uczuciami. Główna bohaterka, mimo, że wiele razy bywała zagubiona, uwiodła mnie swoją determinacją i uporem. Co nie powinno dziwić moje serce zdobył także Jack i chociaż na początku nie pałałam sympatią do Cole'a to z każdą chwilą zmieniałam swoje nastawianie i na obu męskich bohaterów przez pryzmat czasu spędzonego z lekturą patrzę niezwykle przychylnie. Żeby nikt nie pomyślał, że na tapecie jest kolejny banalny trójkąt miłosny rodem z typowych paranormali, stawiam do pionu i tłumaczę: to historia z absolutnie nieprzewidywalną akcją, a bohaterowie dopełniają całości.

Na uwagę zasługuje też fakt, że Brodi Ashton jako debiutantka stworzyła utwór, którego może pozazdrościć autor z dużym dorobkiem pisarskim. "Podwieczność" jest napisana w wyjątkowy sposób, niezmącony niepotrzebnymi dialogami, ale także bardzo barwny i nawet mogłabym rzec delikatny. Otoczka towarzysząca mi przy czytaniu powieści sprawiała, że byłam w pewien sposób przygnębiona. Momentami tak mocno wczuwałam się w sytuacje, że potrafiłam przeżywać ją całą sobą. 

Bardzo obawiałam się także zakończenia, jakiegoś drobiazgu, który zniszczy tę magiczną część, lecz kiedy odwróciłam ostatnią stronę wiedziałam, że to takiej książki potrzebowałam. Historii, która otwiera umysł, wzrusza i zadowala. Powieści nie tylko o miłości, chociaż jest ona punktem przewodnim, ale również o samotności, strachu i przetrwaniu. Na dużą skalę widoczna jest także nadzieja przepływająca przez uczucia nie tylko bohaterów, ale i czytelników.
Nie nazwałabym tej lektury doskonałą, ale mogę napisać, że jest kompletna. Aczkolwiek moją gehenną jest potrzeba poznania następnej części, pragnienie by zażyć kolejnej dawki mitologii i wymóg od serca żeby zasmakować tych wszystkich uczuć.

środa, 15 stycznia 2014

"Kroniki Ellie 3 Przyciągając burze" - John Marsden

W świecie moli książkowych zawsze nadchodzi ten moment; sprawia czytelnikowi ból, powoduje smutek, ale także w mniejszym stopniu raduje. Tą chwilą jest zakończenie ulubionej, a czasami wręcz ukochanej serii. Przyszła pora i na mnie, bym ostatecznie pożegnała się ze światem "Jutra" po trzeciej części "Kronik Ellie". Nadszedł kluczowy czas na moje podsumowanie, moment, w którym muszę uprzytomnieć sobie, że to już koniec.

Wyzwolenie prosperuje w pełni, lecz Ellie nadal nie chce dołączyć do ruchu oporu. Dodatkowo jakby bohaterce było mało problemów wróg obiera ją i jej dom za główny cel. Dziewczyna zaczyna żyć w strachu, sypia z bronią przy ramieniu, a przed wejściem do domu bacznie się rozgląda. Mimo paradoksalnie pisząc paranoi Ellie nie potrafi przewidzieć, że nieprzyjaciel będzie zdolny porwać Gavina.

Pewnych historii nie chce się kończyć, są bowiem takie przygody, które w sercu i umyśle człowieka pozostaną wiecznie żywe. W moim przypadku do tych fenomenów zalicza się seria "Jutro" oraz jej kontynuacja "Kroniki Ellie". Jakbym miała obiektywnie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje to musiałabym się dłużej zastanowić. Zapewne za plusy cyklu można uznać refleksje głównej bohaterki; dosadnie szczere, czasami nawet brutalnie prawdziwe, ale również przejmujące.

"Teraz to tobie zaginęło dziecko, może być kilometr, ale równie dobrze sto kilometrów stąd, na północy, ale równie dobrze na południu, na wschodzie, albo na zachodzie. I z każdą chwilą może się oddalać jeszcze bardziej. To duży kraj. Nawet nie wiesz, gdzie zacząć poszukiwania. Zresztą możliwe, że szukasz już tylko zwłok."

Niesztampowa jest także wyobraźnia Johna Marsdena. Jego pomysły wydają się nie mieć końca, każda nowa scena potrafi zaskoczyć; jest nieprzewidywalna, ale również opiewana w akty przemocy. To właśnie można uznać za dobre w tych powieściach, toteż, że nie pokazują zakłamanej wizji świata, nie są przesłodzone.

"Zabawne, mimo wszystko bardzo szybko przystosowujemy się do zastanej sytuacji. W lesie w samym środku wojny, kiedy jest ci zimno i umierasz z głodu, nie masz nic przeciwko wylizywaniu resztek z dna plecaka. Ale siedząc w drogiej restauracji, narzekasz, jeśli frytki są za zimne."

Proza Marsdena uzależnia. Jest jak amfetamina dla narkomana; chce się jej coraz więcej. Jednak nie wszystkie książki autora mogę uznać za udane. Chociaż "Jutro" wciągnęło mnie w swój świat, w tak rzeczywistą iluzję wojny, to pierwsza część "Kronik" podkopała autorytet pisarza, brakowało w niej tego co tak zachwyca przy czytaniu obu serii.
Bądź co bądź finałowy tom podsumowujący przygodę Ellie i jej przyjaciół nie zawiódł i wrócił na dobre tory prowadzące nas do końca podróży.

Gdyby tak przyjrzeć się z boku, można wysnuć teorię, że Ellie jest bohaterką tragiczną. Na wielu etapach swojej życiowej ścieżki ściera się ze skutkami podjętych decyzji. Śmiało mogę jednak rzec, że bystrym umysłem potrafi wyjść z dużych opresji. Narratorka lektury dominuje wśród innych postaci żeńskich mentalną siłą. Mimo, że wiele razy mogła się poddać, czy usiąść i zapłakać to cały czas kierowała nią determinacja.
Pod lupę można tak wziąć każdego bohatera, ponieważ rzuca się w oczy ich różnorodność. Wady pomieszane są z likiem zalet, zaś cechuje ich żywiołowość i hart ducha. Jako grupa tworzą całość i mimo, że niekiedy działają pod wpływem chwili; bez analizy to potrafią dojść do znaczących wniosków, które polepszają ich wzajemną relacje.

Najtrudniej jest nakreślić jakim słowem posługuje się Marsden, bowiem manipulacja czytającym z każdym tomem się nasila. Kwestie poruszane przez pisarza są niebanalne; nasuwają myśli zarówno o przeszłości, teraźniejszości jak i przyszłości. Uczucia zaś toczą zażartą bitwę w naszych umysłach.
Autor w 3 części "Kronik" posunął się krok do przodu, zaryzykował i dodał motyw prawniczo-sądowy. Umiejętnie nim pokierował: tak, że  te sceny potrafią wzbudzić zaciekawienie w czytelniku.
Pisarz bardzo skupił się także na stosunkach Ellie-Gavin i emocjach towarzyszących im podczas rozłąki; tym samym podkreślił wielkość uczuć bohaterki do chłopca.

Gdy zamknęłam ostatnią stronę "Przyciągając burze" zakończyłam w życiu pewien etap. Sfinalizowałam przygodę z "Jutrem", na dłuższy czas pożegnałam się z przyjaciółmi, których poznałam w serii. Zrobiłam pokłon dla Ellie i ruszyłam w poszukiwaniu innych doświadczeń. Pozostało mi cierpliwie czekać na dalsze ekranizacje "Jutra" lub kolejne książki Johna Marsdena, bo dalej skrycie liczę, że zostaną wydane w Polsce.

"Można z kimś spędzać mnóstwo czasu i wcale mu go nie poświęcać. Podobnie jest z wydawaniem na kogoś pieniędzy albo robieniem mu prezentów. Bo największy prezent dostajesz wtedy, kiedy ktoś postanowi ci podarować pół godziny, godzinę albo całe popołudnie i ten czas jest tylko dla ciebie."



Za książkę dziękuję

środa, 8 stycznia 2014

"Uprowadzona" - Lucy Christopher


"Ukradłeś mnie"

Są takie pozycje na rynku wydawniczym, które potrafią nieźle zaskakiwać po błędnie odebranym pierwszym wrażeniu. Niestety idąc tym szlakiem spotykamy również te, po których oczekujemy jak się wkrótce okazuje zbyt wiele.

Moja przygoda z "Uprowadzoną" ma głębszą genezę. Po obejrzeniu dwóch emocjonujących filmów; francuskiego "A moi seule" oraz historii opartej na faktach "3096 dni" zaczęłam bliżej interesować się zjawiskiem syndromu sztokholmskiego i relacją porywacz-ofiara. Tym samym gdy dostałam powieść Lucy Christopher w ręce, z wcześniej wspomnianą obawą nie zwlekałam z czytaniem.

"Zobaczyłeś mnie, zanim ja zauważyłam ciebie."

Gemma wylądowała na lotnisku w Bangkoku. Chcąc zabić czas wybrała się po kawę, kiedy podszedł do niej nieznajomy mężczyzna. Zapłacił za ciepły napój dziewczyny i od początku kierował rozmowę w kierunku jej życia prywatnego. Bohaterka odpowiadając na pytania nie mogła jednak wiedzieć, że starszy chłopak to wszystko dawno już wie.

"- No więc jak tam jest? W Australii?
Uśmiechnąłeś się wtedy, cała twoja twarz się przy tym zmieniła. Jakby się rozpromieniła, jakby z wewnątrz ciebie zaświeciły promienie słońca.
- Zobaczysz - odpowiedziałeś."

Jak już zdążyłam wtrącić, do książki przywołał mnie temat. Wszak nie spodziewałam się tak głębokiego wdrożenia w sytuację. Od początku zalała mnie fala oszołomienia, a zdziwieniem było jak ta historia gra na emocjach. Zostałam zmanipulowana, obiektywizm pozostawiając gdzieś daleko za sobą.

"Tej nocy czuwałam z tępym nożem w dłoni i latarnią przy głowie. Zasłony były rozsunięte, światło księżyca padało na drzwi. Jednego byłam pewna - niczego mi nie zrobisz bez walki."

Mocnym atutem powieści jest miejsce akcji. Wiele razy podkreślony został pobyt postaci w Australii - kontynencie, którego każdym aspektem jestem zauroczona, a więc czytanie o nim jeszcze szerzej pobudziło moje zmysły.
Co jednak składa się na wyjątkowość "Uprowadzonej" to informacje wpływające na psychikę czytającego. Z jednej strony bowiem widzimy sytuację, którą możemy uznać za nienormalną, łamiącą zasady społeczne, z drugiej perspektywy zaś dostrzeżemy piękno, oczarowanie i niezwykłość.

Na dobro lektury niewątpliwie wpłynął także obraz porywacza. Nasza znajomość zaczęła się dość niefortunnie, ponieważ nie potrafiłam zrozumieć jego postępowania. Z czasem odkrywając nowsze karty i poznając osobistą historię bohatera stworzyłam sobie obraz psychologiczny Tylera i łatwiej przyszło mi oswajanie się z jego nawykami.
Bądź co bądź strukturalną, trzymającą pieczę nad wydarzeniami osobliwością jest Gemma. Wykreowana jako typ silnej kobiecej sylwetki z własnym stanowiskiem i nie dającym o sobie zapomnieć uporem.

"- Nie dotykaj nie - warknęłam. 
Odsunąłeś się.
- Wiem kim jesteś, Gem."

Natomiast tym co warto podkreślić jest forma, w jakiej książka została napisana. W ręce trzymałam list ofiary do swojego kidnapera. Patrząc na ten styl, a  także wzruszające dialogi mogę ocenić pióro Christopher. Pisarka pomogła mi dostrzec głęboki sens w pojedynczych słowach, uświadomiła mi jak ulotne są chwile i jak można uwiecznić w umyśle błahe sprawy, o które potykamy się każdego dnia.
"Uprowadzona" plasuje się wśród kontrowersyjnych dzieł, które albo się kocha, albo nienawidzi. Jedno jest pewne - to lektura obowiązkowa.

"Nie mogę cię uratować w taki sposób, w jaki byś chciał. Ale mogę ci powiedzieć co czuję. To niewiele. Ale może to da ci szansę."

wtorek, 24 grudnia 2013

Święta za rogiem!

Z okazji Wigilii oraz Świąt Bożego Narodzenia chciałabym złożyć Wszystkim serdeczne życzenia. Przede wszystkim życzę, aby uśmiech nie schodził z Waszych twarzy i by każda drobnostka potrafiła być przez Was doceniana, a smutki odegnane na bok. Życzę również dużo zdrowia i energii na poświęcane czyny. Aby Wasze marzenia, plany, ambicje doczekały się spełnienia, a wokół Was byli tylko wartościowi i pełni zaufania ludzie.
Wielkimi krokami zbliża się także Sylwester, a niedługo powitamy Nowy Rok. Korzystając z okazji w 2014 roku życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju ducha, ale także by każdy kolejny dzień zakończony był zadowoleniem i uśmiechem.

środa, 18 grudnia 2013

"Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie" - John O'Farrell

"Kobiety żyją wspomnieniami, mężczyźni tym, co zapomnieli"


Vaughan jedzie metrem, kiedy spostrzega, że nie wie, kim jest i dokąd zmierza. Trafia do szpitala, w którym zostaje oznaczony jako „nieznajomy biały mężczyzna”. Przypadkowo w rozmowie z nowym i jedynym w tym czasie znajomym przypomina sobie numer do niejakiego Gary’ego. Od tego momentu zaczyna się jego nowe życie, w którym próbuje uzyskać informacje o własnej tożsamości.

Muszę przyznać, że jestem zagorzałą przeciwniczką komedii w każdej formie, a jak informacja na okładce wskazuje, recenzowany utwór powinien być przypisany do tego właśnie gatunku. Coś mnie jednak do powieści przyciągnęło, czemu nie mogłam być obojętna. Niewątpliwie czynnikiem zachęcającym był intrygujący tytuł, ale to przeczytanie opisu skłoniło mnie do skonsumowania lektury.

Jak na komedię przystało, historia okazała się być okalana w zabawne treści oraz dialogi. Nie były one jednak sztampowe, jak sobie na początku wyobrażałam, a autentycznie śmieszne.


– Proszę podać swoje pełne imię i nazwisko.
– Och, moje pełne imię i nazwisko? – jąkałem się. – To znaczy ze wszystkimi imionami?


Żeby nie przesadzić z sielanką, w wesołej powieści przydarzyło się coś przygnębiającego. Tutaj możemy za takie wydarzenie uznać utratę pamięci przez głównego bohatera, ale chociaż to motor napędowy historii, nie był bynajmniej zły. Czytelnik miał okazję zobaczyć sytuacje, które w dużej mierze przyczyniły się do tego, by komedia była także przejmująca i wzruszająca.

Przed obrazem staje rozpadające się małżeństwo, problemy z alkoholem czy śmiertelna choroba bliskiego członka rodziny. Chociaż sam przypadek „zapomnienia” może być dla nas daleki, to komplikacje życia codziennego sprawiły, że książka stała się lekturą realną, a przeciętny czytający mógł utożsamić się z bohaterami.


– Moja utrata pamięci może być najlepszą rzeczą, jaka nam się przytrafiła!
– Rany boskie, Vaughan, jedną z rzeczy, które doprowadzały mnie do szału, było to, że zapominałeś o wszystkim, co ci mówiłam.


Ich samych za to nie sposób nie lubić. Są nie tylko charyzmatyczni i zabawni, ale także szczerzy wobec innych. Czasami nasza grupka bohaterów stwarzała złudną iluzję otaczającego świata, patrzyli na rzeczywistość z jednej, własnej perspektywy, przez co zdarzało im się popełniać błędy. Ale to na nich człowiek się uczy, fikcyjne postaci również – czego mogłam być świadkiem. Na największą sympatię zasłużył Gary – genialny umysł z głupkowatymi pomysłami. Nie sposób było jednak nie zwrócić uwagi na jego olśniewającą żonę Lindę, sprawującą piast tej „lepszej” połówki w ich związku.


– Och, to takie romantyczne! – powiedziała Linda w widocznej ciąży. – Może my się rozwiedziemy?
                  

Mniej sympatycznie w początkowej fazie wypadła Maddy, żona głównego bohatera, która na wstępie sprawiała wrażenie samolubnej. Niedługo, lepiej ją poznawszy, stanęłam za Madeleine murem.

Należy zaliczyć do pozytywów to, że Vaughan był bardzo wyrazistą postacią i jego przemyślenia nie działały nużąco, a wręcz pobudzająco, ponadto historia z zanikiem pamięci nie wydawała się naciągana, tylko rzeczywista.

Mnie jako kobiecie czasami ciężko czytać książki, których narratorem pierwszoosobowym jest mężczyzna, bo aż nazbyt często nie zgadzam się z jego nawykiem myślowym. Tym razem całkiem porzuciłam tę kwestię i bez oporu wdrożyłam się w refleksje Vaughana. Zawdzięczać to mogę zapewne lekkiemu piórze pisarza, który wyczarował i dobry pisarsko, i interesujący czytelnika tekst. Przedstawienie historii w sposób, w jaki dokonał John O’Farrell, jest strzałem w dziesiątkę. Wspomniane przeze mnie dialogi są inteligentne, ale także bawią, dzięki czemu czas przy lekturze pędzi nieubłaganie. Autorowi można także zazdrościć niekonwencjonalnego pomysłu, który stanowi część składającą się na sukces.

Przy kolejnym fragmencie chciałabym odstąpić od chwalenia pisarza, a pogratulować wydawnictwu Sonia Draga. Dosłowne przetłumaczenie tytułu, świetna zachęcająca okładka, dobra korekta tekstu to punkty, które podwyższają zaufanie czytelnika do tegoż wydawnictwa.


„Mężczyzny, który zapomniał o swojej żonie” nie można nazwać wybitnym, powalającym na kolana arcydziełem. Jednak nie jest to również zwykła powiastka. Mogłam się w tej lekturze doszukać skruchy, odwagi; poczułam, czym jest samotność i niezrozumienie; bałam się, wątpiłam, ale też wybuchałam salwami śmiechu. To nie historia o niczym, to historia o ludziach. Ja jej zaufałam i nie żałuję. Co zrobisz Ty?


Za możliwość zrecenzowania dziękuję:
LITERATURA JUVENTUM



niedziela, 15 grudnia 2013

"Ostatnia Spowiedź Tom II" - Nina Reichter

"Zwycięzcami w miłości są pokonani przez miłość. "

Pierwsza część trylogii niespodziewanie mnie zachwyciła. Jednak jak się wkrótce okazało nie byłam jedyną osobą. "Ostatnia spowiedź" wstrząsnęła blogosferą, sprawiła, że Polscy czytelnicy uwierzyli w rodowitą pisarkę. Lecz mimo zachwytu, dopiero przy drugim tomie naprawdę doceniłam Nine Reichter.


Bradin leży w szpitalu w ciężkim stanie. Jest nieświadomy, że Ally każdego dnia i każdej nocy przy nim czuwa. Dziewczyna nie radzi sobie z bezsilnością i bólem. Zaprzyjaźnia się z Tomem, bo widzi, że on także martwi się o brata i że oboje powinni się wspierać w trudnych chwilach. Bohaterka nie jest jednak w stanie dostrzec jakie uczucia targają młodym mężczyzną.

"Zaufanie. To cząstka duszy, którą oddajesz komuś w nadziei, że nadal pozostanie Twoja."

Od pierwszej strony czułam napięcie, dominujące wśród uczuć bohaterów. Początek książki był bardzo zachęcający, ponieważ już dawno chciałam poznać dalsze losy postaci i po takim wyczekiwaniu z czcią chłonęłam każde słowo. Po raz kolejny powieść Niny Reichter mnie oczarowała, zabrała do innego miejsca, pokazała nowe życie. Gdy doszłam do punktu kulminacyjnego wzruszyłam się, ale także naprawdę uwierzyłam w tę historię. Odnalazłam w niej cząstkę siebie samej. Myślę, że to dlatego realizm tej powieści tak mnie porwał. "Ostatnia spowiedź" ma w sobie coś nieprawdopodobnego - rockmen zakochany w prowizorycznie zwyczajnej dziewczynie, ale dzięki kreacji bohaterów, opowieść nie wydaje się być fikcyjna.
To nie zwykła powiastka, o której szybko się zapomina. Ta książka jest otoczona wrażliwą nutką erotyzmu: zadowala najbardziej wymagającego czytelnika, bo przedstawia historię prawdziwej, nieobliczalnej miłości, która może przydarzyć się każdemu z nas.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to przemiana Ally. Po wypadku dziewczyna wydoroślała, zaczęła inaczej spoglądać na pewne sprawy. Postać również bardzo związała się z Bradinem. Kiedy była daleko od swojego mężczyzny czuła ból, tęsknotę. Jednocześnie, stała się bardziej stanowcza i często dziewczynie udawało się zaskoczyć czytającego.

W tomie drugim zaczęłam także inaczej patrzeć na Toma, którego wcześniej nie darzyłam sympatią. Brat głównego bohatera, to kolejny przypadek, w którym zaszła zmiana. Swoim początkowym zachowaniem zwiódł czytelnika. Okazało się bowiem, że jest bardziej dojrzały niż mogłabym przypuszczać. Muszę przyznać, że jego przeciwieństwem jest Bradin. Chociaż to on był moim numerem jeden, zachowanie w drugiej części sprawiło, że zaczęłam widzieć w nim wady i stałam się mniej łaskawsza w ocenie jego osoby, gdy popełniał błąd. To jeden z tych bohaterów, na których się zawodzimy, nie w dużym stopniu, lecz niesmak pozostaje.

"A czy mówiłem Ci już, że oddychanie ma sens tylko wtedy, kiedy jesteś obok...?"

W mojej opinii nie powinno jeszcze zabraknąć podziwu dla Niny Reichter. Pisarka po raz kolejny opowiedziała historię, która zaczęła coś znaczyć w moim życiu.
Forma przekazu nie jest obojętna, a załadowana dawką emocji; dialogi są szczere i nieinfantylne, a całości dopełniają cudowne cytaty, w których często mogłam odnaleźć zalążek własnych myśli.

Cokolwiek napiszę obiektywnego czy subiektywnego nie będzie tak przekonywało do lektury jak ona sama. To książka przekraczająca każdą granicę i nie są to puste słowa. Momenty, w których musiałam podnieść głowę by pomyśleć nad danym fragmentem są idealnym przykładem inteligencji tej powieści. Jestem tylko jedną malutką osobą wśród tuzina innych wielkich postaci, jednak jeżeli mi zaufacie będziecie mogli przeżyć to co ja przy czytaniu "Ostatniej spowiedzi 2".


"Zabrakło ciepła rąk. Zastąpił je innym..."


Za książkę  serdecznie dziękuję:

wtorek, 24 września 2013

"Kroniki Ellie 2 Nieuleczalna" - John Marsden

„Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz”

Seria „Jutro” zdobyła moje serce i osiadła się w mojej pamięci. Jednak po skończeniu pierwszej części „Kronik Ellie” poczułam, że Marsden się wypalił i niczym mnie już nie zaskoczy. Długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnego tomu, obawiając się zawodu. Kiedy już się zdecydowałam, wystarczyła dosłownie jedna strona, bym nie mogła oderwać się od lektury. Ellie nadal przeżywa tragiczną śmierć rodziców. Jest zajęta prowadzeniem gospodarstwa i opieką nad Gavinem. Rezygnuje z przyłączenia się do „Wyzwolenia”, jednak przypadkowo zostaje włączona do pewnego zdarzenia – akcji, która może zakończyć się niepowodzeniem, a nawet śmiercią jej najbliższych.
Życie miłosne Ellie również rozkwita. Coraz mniej myśli ona o Lee, a nawet zaczyna coś czuć do tajemniczego Jeremy’ego. Zastanawia się także, czy to on jest przywódcą „Wyzwolenia” – Szkarłatnym Pryszczem.


Narzekałam, że w pierwszej części mało się działo, nie potrafiła ona przyciągnąć czytelnika i w większości była nudna. Dużą różnicę w tej kwestii można poczuć w „Nieuleczalnej”. Fabuła rozkwita i dostarcza dobrych, mocnych wrażeń. A o nudzie nie ma mowy. Mimo że są sceny lepsze i gorsze, w miarę stoją na równym poziomie i nie ma nad nimi przepaści.
Ważnym aspektem w tej trylogii, a także sadze „Jutro”, jest akcja. Pełni rolę niemal najważniejszą. A w ”Nieuleczalnej” jej nie brakowało. Na początku była dawkowana, lecz kiedy się rozwinęła, wkręciła mnie na dobre.
Jak zawsze zachwyca świat przedstawiony przez Marsdena. Najpierw pokazał on czytelnikowi wojnę, w ”Kronikach” zaś życie po niej i prawdę – jej uczestnicy już nigdy nie będą tylko szczęśliwi i spokojni. John realnie to uzewnętrznia, nie zabarwia, i mimo że historia w „Jutrze” oraz „Kronikach” jest fikcyjna, nie znaczy to, że nie może zdarzyć się naprawdę. A czytelnik - taki jak ja – nie zważając na drobnostki,  pochłania całą powieść, wierząc w każde napisane słowo.


Istotne dla mnie są również emocje. „Wojna się skończyła, walka wciąż trwa” to książka, która zawiodła również w tym punkcie. Na wielkie szczęście fanów obu serii pisarz przypomniał sobie, że uczucia w powieści to jeden ze składników składających się na sukces. Dalej również przeważa zamartwianie się o Gavina i jego dobro, ale Ellie daje z siebie więcej - choćby nagłe polubienie Jeremy’ego. Jednak mimo tego w książce brakuje najważniejszego z uczuć: namiętności. Prawdziwego pożądania, które łączyło główną postać z Lee.

"Paradoks miłości polega na tym, że miłość rani i uzdrawia. Poprawia ci samopoczucie tylko po to, żeby je popsuć. Dajesz się jej porwać, choć wiesz, że cię zdradzi. A kolejnym paradoksem jest to, że dajesz się jej porwać jako jednostka, ale przez to od razu tracisz mnóstwo swojej indywidualności."


Największą niespodzianką, jaką sprawiła mi „Nieuleczalna”, było zwrócenie przyjaciółki. Postawa Ellie w poprzedniej części, mimo że trochę uzasadniona, była banalna, przewidywalna i nudna. Bohaterka nie miała ikry - tej, która towarzyszyła jej przez 7 części „Jutra”.
W tym tomie zaczęła odzyskiwać barwy, poczucie humoru, dzięki czemu jej przywiązanie do Gavina nie jest już tak męczące.
Chętniej czyta się o perypetiach odważnej Ellie, aniżeli tej, która co chwilę użala się nad sobą i narzeka, że wszystko jest nie takie, jakie być powinno.
Cieszyłam się także, że z życia głównej bohaterki nie zniknął Lee. Gdybym nie mogła przeczytać więcej o jego specyficznym charakterze, odwadze i sposobie bycia, lektura nie sprawiałaby mi takiej przyjemności.
„Kroniki 2″ zwracają czytelnikowi też delikatną i mądrą Fee oraz niezastąpionego Homera.
Spotkać możemy bohaterów z pierwszej części, mamy przyjemność poznać również nowe postaci, jednak nawet mimo wręcz dogłębnych opisów nie potrafiłam się z nimi zjednoczyć.


Największą zaletą tej lektury jest pisarz, a dokładniej jego styl. Wykreowanie historii od A do Z w najdrobniejszych szczegółach, precyzyjnie - to coś, czego nie potrafi zbyt wielu autorów. John Marsden jest jednym z nielicznych. Swoją wyobraźnią zachęca do sięgnięcia po książkę, ale to wykonanie jest jednym z czynników, przez które nie można jej odłożyć.
Bardzo dobrze wychodzi mu także prowadzenie narracji pierwszoosobowej kobiecej. Nie czuć w tym sztuczności i przesadzenia.
Mimo że zwątpiłam w pisarza w poprzedniej części, zrozumiałam, że ot tak kunsztu pisarskiego nie można stracić.


Ostatnio żadna książka nie sprawiała mi dużej radości, wszystkie tylko męczyły i zanudzały. Myślałam już, że jestem nieuleczalna (!), gdy nagle trafiłam na moja perełkę. Tę jedną z wyjątkowych. „Kroniki” raczej nie dorównują 7-tomowemu „Jutru”, ale i tak są wspaniałą lekturą, dzięki której zaczęłam coś czuć. Już nie zmęczenie, ale strach, ból, miłość. Nie wyobrażam sobie innej rekomendacji niż: warto!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu






poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Dobre wychowanie" - Amor Towles

'Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa – jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka."


"Dobre wychowanie" zaczyna się wstępem, rozgrywającym się 32 lata po wydarzeniach opisanych w książce. Na samym początku poznajemy już Katey i możemy zauważyć, że skrywa jakąś tajemnicę z przeszłości.
To właśnie wprowadzenie sprawia, że czytanie lektury przychodzi z czystą przyjemnością i wielkim zaciekawieniem. Co zdarzyło się 32 lata temu w życiu na pozór normalnej kobiety?

Jest 1937 rok, Sylwester. Dwie przyjaciółki Katey i Eve zamierzają świętować nowy rok w klubie w Greenwich Village. Popijając dżin, zauważają przystojnego, dobrze ubranego mężczyznę, który wchodzi do baru. Zaciekawione postacią, w pewnym momencie nawiązują rozmowę.
Bogaty Tinker Grey okazuje się interesującym człowiekiem i już wkrótce wkracza w życie dziewczyn na długi okres. Trójka przyjaciół świetnie się razem bawi, aż do dnia, w którym dochodzi do niefortunnego, tragicznego wypadku.

"Dobre wychowanie" to książka nietypowa. Jest to powieść w stylu retro, dla fanów "Śniadania u Tiffany'ego" i "Wielkiego Gatsby'ego”, jednak muszę się przyznać, że obu klasyków nie czytałam. Co w takim razie skłoniło mnie do sięgnięcia po tę historię? To „coś". Gdy tylko przeczytałam recenzję na którymś z blogów, wiedziałam, że muszę ją mieć.
Kolejnym bardzo zachęcającym elementem okazał się niezwykły i tajemniczy wstęp, a dalej poszło już jak z płatka.
Z każdą przewracaną stroną czułam większy pociąg do tej powieści. Im dalej brnęłam, tym bardziej mnie oczarowywała.
Posiada w sobie bowiem niezwykłą moc. Fabuła jest pięknie, żywo skonstruowana, przemyślana i ciekawa. Zdarzały się momenty, że czytałam książkę ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dialogi bawiły, a także coś przekazywały. Nie były puste i monotonne.
Zaskoczył mnie również obraz XX wieku. Zabawa, szaleństwo, bogactwo coraz mocniej mnie pochłaniały. Byłam tam! Byłam w Nowym Jorku razem z Katey, Eve i Tinkerem.

Często, niemalże zawsze, rozwodzę się nad kreacjami bohaterów. Nad sposobem ich przedstawienia, wyglądem czy psychiką. Tym razem omijam ten zabieg, gdyż uważam, że jest zbędny. Bo jeżeli opiszę Wam trójkę głównych postaci, to nie dam im szansy osobistego zaprezentowania się. Nigdy nie poznacie ich od podszewki. Jedno jednak mogę rzec: pokochałam ich, znienawidziłam, by finalnie znów obdarzyć ich miłością.

Jednak czymś, co ewidentnie wzbudziło mój zachwyt, jest forma przekazu. Styl Amor Towles jest delikatny - mogłabym powiedzieć - jak sieć pająka. Jednocześnie dogłębny, a nawet surowy. Historia wydaje się nieprawdopodobna, będąc także bardzo wiarygodną, a to wszystko dzięki pisarce, która potrafiła bezbłędnie opisać niemal każdą scenę. Uwielbiam takie wyczucie do czytelnika, a niestety nie każdy autor je posiada. Szkoda, bo takie podejście to już połowa sukcesu.

Czy jest coś, co chciałabym jeszcze przekazać? Czym mogłabym zachęcić czytelników do przeczytania? Myślę, że nie. Dlaczego? Wybór tej książki zależy od osoby, jej mentalności, gustu. Moja recenzja nawet w połowie nie wyraża tego, co przeżyłam, żegnając się z bohaterami, z całą ich historią. Ostatnie zdanie powinno jednak wszystko wyjaśnić: dzięki takim książkom wiem, że czytanie ma sens.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


_______________________________
Po mam wrażenie kilku latach wróciła córka marnotrawna. To dlaczego opuściłam bloga na tak długi okres jest zawiłe i szkoda o tym pisać, ale ważne jest to dlaczego wróciłam.Brakowało mi tego.
Jeszcze żyję i nie mam zamiaru tak łatwo odpuścić, więc witajcie z powrotem!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

"Requiem" - Lauren Oliver


SPOILERY Z POPRZEDNICH CZĘŚCI.
Nie wiem od czego powinnam zacząć. Nie wiem nawet co chcę zawrzeć w tej opinii. Uczucia? Ból? Radość? Na „Requiem” czekałam od października. Naprawdę mocno wyczekiwałam tej książki, a gdy zaczęłam czytać spotkało mnie to..

Lena dalej mieszka w Głuszy, tym razem są z nią nie tylko Odmieńcy, ale także Julian. Dziewczyna po wydarzeniach opisanych na ostatnich kartach „Pandemonium” odsuwa ukochanego nie mogąc zapomnieć o Aleksie. O Aleksie, który jest tak blisko niej. O chłopaku, dzięki któremu poznała miłość. Aleks jednak zmienił się od czasu ich poprzedniego spotkania. Jak zakończyła się ich historia?

Pierwszym co muszę przyznać jest to, że na początku lektury się nudziłam. Irytowało mnie zachowanie bohaterów, ale także brak emocji, których w poprzednich tomach było multum.

Akcja była nijaka; nic ciekawego się nie działo. Nie poddawałam się jednak, przebrnęłam kilkadziesiąt stron i zatonęłam. Czułam się tak jakbym zasnęła na kilka godzin. Fabuła się niesamowicie rozkręciła, a ja zaczęłam dostrzegać uczucia i emocje. Ogarnęła mnie melancholia i smutek, jakby wszystko wróciło na swoje tory. Od tego czasu nie mogłam już książki odłożyć, zostałam wchłonięta do świata stworzonego przez Oliver.

„Doskonałość jest obietnicą, a zarazem potwierdzeniem, że nasza droga jest słuszna.”

Początkowo główna bohaterka denerwowała mnie swoim niezdecydowaniem i wątpliwościami. Była przedstawiona inaczej niż w poprzednich tomach; jakby pisarka nie poświęciła jej uwagi. Po pewnym czasie swoim uporem i determinacją zaczęła przejawiać się w niej dawna Lena. Lena, która musiała patrzeć na chłopaka, którego już dawno uznała za zmarłego. Bardzo przy tym cierpiała i jej ból udzielał się także mnie. Sam Alex stał się oschły i widać było, że zaszły w nim zmiany. Swoim zachowaniem intrygował i sprawiał, że chciałam więcej jego występów. Przeszkodą był jednak Julian. Nieszczególnie zdobył moje serce w drugiej części i tym razem było podobnie. Cień sympatii poczułam do niego pod koniec „Requiem”, kiedy przestał być ciągle tym biednym i poszkodowanym chłopcem, a zrozumiał czym jest Głusza i walka. Przez całą książkę męczyła mnie niewiedza związana z tym trójkątem. Trójkątem bardzo zgrabnym jak na literaturę młodzieżową.

„To właśnie robią ludzie w tym chaotycznym świecie, świecie wolności i wyboru: odchodzą, kiedy chcą. Znikają, wracają, potem znowu znikają. A ty zostajesz z tym sam i musisz się jakoś pozbierać.”

Lauren Oliver przedstawia Nam czytelnikom tak piękną historię, że nie da się o niej zapomnieć. Pióro pisarki niezwykle przemawia do ludzkiego serca. Autorka w ostatniej części przywróciła Hanę i pokazała jak wygląda życie po zabiegu. Dobrze było porównać sobie zachowanie Leny i jej byłej przyjaciółki. Konfrontacja obu dziewczyn była nieprzewidywalna i niemal bolesna, a zakończenie wątku z Haną smutne. Finał powieści pozostawił po sobie niedosyt, ale sprawił również, że nie potrafiłam powstrzymać napływających łez. Ciężko zrozumieć, że TO już koniec.

Myślę, że zawarłam już wszystko co potrafiłam opisać. Wiem jednak także, że by zrozumieć genezę tej trylogii trzeba ją po prostu przeczytać. Żadna recenzja, opinia, ani komentarz nie odda tego co pokazała Lauren Oliver. Dziękuję.

Za książkę serdecznie  dziękuję

sobota, 30 marca 2013

"Kiedyś wszystko sobie opowiemy" - Daniela Krien


"War­to jest kochać za­kaza­ny owoc, dla sa­mego choć pos­ma­ku miłości."


Historia książki Kiedyś wszystko sobie opowiemy rozpoczyna się gorącego lata. Główna bohaterka, szesnastoletnia Maria mieszka u rodziny swojego chłopaka, Johannesa. Prowadzą dosyć spokojne życie w gospodarstwie. Dziewczyna nie jest zbyt pracowita, nie uczęszcza także do szkoły, jednak namiętnie zaczytuje się w powieściach. W pewnym momencie na swojej drodze spotyka czterdziestoletniego mężczyznę z sąsiedztwa. Od tego momentu następuje prawdziwy początek.

Pierwsze wydarzenia to tak naprawdę opis wsi i dotychczasowego życia bohaterki. Czytelnikowi zostaje przybliżony jej związek z Johannesem. Dziewczyna jednak trafia na duża barierę w swoim szczęśliwym życiu. Nie układają jej się relacje z ojcem, a dodatkowo porzuca szkołę. Jednak górą lodową tych zdarzeń zostaje romans z sąsiadem. Cała akcja książki zaczyna opierać się na ich relacji.

Z kart powieści można wyczuć różne emocje: przez zwątpienie, nadzieję aż po miłość. Miłość namiętną, zakazaną, brutalną i piękną. W pewnej chwili wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Uczucia zaczęły na mnie oddziaływać, nie mogłam odłożyć książki, bo chciałam wiedzieć co u Hennera i Marii. Historia ma dla mnie już wymiar prywatny. Dostarcza doznań o jakich ciężko zapomnieć. Bohaterowie choć stworzeni niebywale prosto, sprawiają, że chce się ich poznać bliżej.

Najbardziej tajemniczą postacią jest Henner. Mimo wieku, przystojny mężczyzna posiadający wiele oblicz. Najbardziej widoczną jest namiętność do Marii. Ta z kolei jest nieschematyczną kobiecą postacią. Chociaż bardzo młoda nie jest przykładną uczennicą, nie zależy jej na nauce, zasmakowuje życia. Pokazuje także swoją dojrzałość i nieprzewidywalność. Uczucia odkrywa tylko przed jednym człowiekiem. Johannes za to, obecny chłopak bohaterki, też bardzo młody, mimo miłości do Marii gdzieś po drodze gubi namiętność, a zastępuje ją pasją do fotografowania.

"Kiedyś wszyscy zmartwychwstaniemy, znowu się spotkamy i wszystko sobie opowiemy. Naprawdę wszystko."

Najlepszym tematem do dyskusji może być jednak styl niemieckiej pisarki. Gdy zaczęłam czytać, nie spodziewałam się niczego dobrego przez proste słowa jakimi uraczyła mnie Daniela Krien. Z każdą stroną okazywało się jednak, że prostota jest najsilniejszą stroną tej książki. Autorka przekazała niezbędną treść nienadużywając niepotrzebnych słów. Pisarka użyła narracji pierwszoosobowej, która bardzo dużo przekazuje. Dzięki niej można utożsamić się  z uczuciami głównej postaci. Wszystko czym Maria się kierowała, przestało mnie dziwić. Dopingowałam ją z całego serca.

Na największe uznanie zasługuje jednak wydanie powieści. Do jej przeczytania zachęca wszystko, od okładki, która jest magiczna i oddaje całą treść, a nawet po tytuł; piękny i tajemniczy. Sama książka jest niezbyt wielka, za to posiada duże litery, dzięki którym szybko się ją czyta. Na szczęście naszych oczu nie rażą błędy, bo korekta wydawnicza również sprawiła się znakomicie.

Na mojej drodze stanęła nietypowa lektura, posiadająca zachwycającą okładkę i ciekawy tytuł. Opis wskazywał na całkiem inną opowieść. Dziwną i ekstrawagancką, bo czymże jest dla nas związek czterdziestolatka i szesnastolatki? Zaskoczenie było tym większe, gdy przewracałam kartkę na za kartką. Na szczęście okazało się, że jak coś jest przedstawione przez właściwą osobę, to potrafi wzbudzić wiele pozytywnych emocji. Niemal wszystko w tej książce sprawia, że jest ona skazana na sukces. Sukces inny niż zwykle.

Kiedyś wszystko sobie opowiemy to niebanalna powieść o miłości, jakiej pragnie chyba każdy z nas. Z jednej strony chciałabym tę książkę schować i nikomu nie pokazywać. Jest moja, osobista. Z drugiej zaś wielkim szczęściem byłoby, gdyby inni ludzi poznali tę historię. Ona na to zasługuje.

Recenzja książki: Kiedyś wszystko sobie opowiemy

Recenzja napisana dla portalu:

sobota, 16 marca 2013

STOSIK!

Jakość może nie będzie zbyt dobra, ale mam nowy aparat, na którym kompletnie się nie znam i nie umiałam nic ustawić. Niemniej przedstawiam po roku czasu  pomieszany stosik!

Od góry:

  • Madeleine i czterech jeźdźców apokalipsy - Jarosław Zaniewski - od Wyd. Novae Res - recenzja
  • Geneza - Jessica Khoury - prezent walentynkowy <3 - recenzja
  • Kroniki Ellie - John Marsden - zakup własny - recenzja
  • Wybrani - C.J. Daugherty - od Wyd. Otwarte/Moondrive - recenzja
  • Ciemnorodni - Alison Sinclair - od Wyd. Bellona
  • Zmierzch Orła oraz Cena Purpury - Frank S.Becker - od Wyd. M





  • The Walking Dead Narodziny Gubernatora oraz Droga do Woodbury - R. Kirkman & J. Bonansinga - od Wyd. SQN
  • Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn - od Wyd. G+J
  • Dobry początek - David Nicholls - od Wyd. Wielka Litera
  • Tak to się kończy - Kathleen MacMahon - prezent na Dzień Kobiet <3
  • Wyznania Katarzyny Medycejskiej - C.W. Gortner - od Szuflady <3





  • Delikatność - Dawid Foenkinos -  z wymiany na LC
  • Krawędzie - Kamil Hazy - od Wyd. Novae Res
  • Krwawa Magia. Powrót do Cerrun - Grzegorz Puda - jak wyżej
  • Kiedy byłeś mój - Rebecca Serle - od Wyd. Literackie
  • Requiem - Lauren Oliver - od Wyd. Otwarte/Moondrive <3
  • Moja cesarzowa - Da Chen - od Wyd. Wielka Litera




Wszystko takie pomieszane, ale i tak cieszy moje oko. Czytaliście coś? Polecacie?

sobota, 9 marca 2013

"Kroniki Ellie" - John Marsden


7 - tomowa seria "Jutro" zdobyła sobie serca czytelników na całym świecie, w tym także i moje. Saga była bowiem pełna akcji, sensacji, z dobrą dawką romansu i humoru, a czytanie jej wywoływało często skrajne emocje.
"Jutro" doczekało się sequela w postaci "Kronik Ellie". Ta druga książka została napisana 4 lata później i chociaż powiązana z pierwszą, ukazuje całkowicie inną historię.

Od zakończenia wojny minęły 4 miesiące. Ellie Linton w tym czasie zaczyna przyzwyczajać się do nowego, spokojnego życia z rodziną. Jej sielankę przerywa strzelanina, do której dochodzi gdy dziewczyna jest z dala od domu. Miejsce ma napad, w którym giną jej rodzice. Tym samym zaczyna się walka o jej własny byt. Na Ellie spoczywa jednak kolejny obowiązek. Chłopiec, którego rodzice dziewczyny adoptowali po wojnie: Gavin. Jak potoczą się dalsze losy bohaterki?

Bardzo mocnym atutem w "Jutrze" była wszechobecna akcja. Tego samego spodziewałam się więc w "Kronikach". Niestety mimo mocnego początku, kolejne sto stron przybliżyło mi tylko nudne życie na farmie i opiekę nad 11-letnim chłopcem.
Spodziewałam się także rozdzierającego serce romansu, który również miał miejsce w poprzedniej serii. Tu zawiodłam się po raz drugi. Opis zapowiadał ciekawe sceny z Lee i Ellie w roli głównej, okazał się jednak dla mnie mylący, co działa na niekorzyść lektury.
Na szczęście powieść Johna Marsdena nie zawiera tylko licznych wad. Wielkim plusem był spór Ellie z prawnikiem, który został rozwiązany po mistrzowsku.
Niestety fabułę w tych dwóch powiązanych ze sobą seriach dzieli ogromna przepaść.

W "Kronikach" spotykamy się z bohaterami poznanymi już wcześniej, ale zawieramy także nowe znajomości.
Największą przemianę możemy dostrzec u Ellie, która to zmieniała się już z każdym tomem "Jutra". Wtedy mimo słabszych dni i tragicznych zdarzeń pozostawała silna i dynamiczna. Tym razem była prawie wypruta z emocji, zniszczona przez życie. Jej poczucie humoru zniknęło zupełnie, a zastąpiła je potrzeba opieki nad Gavinem.
Co do samego zainteresowanego, denerwował on swoim zachowaniem i wiecznym oburzeniem. Zachowywał się jak rozpuszczone dziecko, chociaż momentami miał przebłyski i pomagał dziewczynie opiekować się domem.
Pozostaje jeszcze kwestia Lee, Homera, Kevina i Fi, którzy razem z główną bohaterką przeżyli wojnę.
Kevin nie pojawił się w ogóle, a pozostała trójka występowała tylko epizodycznie. Ich w tej powieści brakowało najbardziej. Siły przyjaźni, która ich łączyła, oraz ostrych kłótni czy zabawnych momentów.

Johna Marsdena bardzo chwaliłam za wyczucie do czytelnika. Pisarz imponował mi swoim stylem, swoimi opowieściami zawierającymi mnóstwo uczuć. Jednak w "Kronikach" przy języku napotkałam opór. Narratorka, którą jest Ellie przechodzi tak wielką zmianę, że jej przygody nie rozśmieszały mnie, a nawet się nimi nie przejmowałam. Brakowało mi tego "wow", czym Marsden często mnie zachwycał.

Dlaczego wymieniłam prawie same błędy, mankamenty? Zawiodłam się. To co przeżyłam w "Jutrze" zostanie ze mną na zawsze, a w "Kronikach" minęło bezpowrotnie.
Nie podoba mi się sposób w jaki autor rozwiązał kilka sytuacji, nie oczekuję również kolejnej części tak jak czekałam na tę.
Książka ta jednak nie jest beznadziejna. Jest na dobrym poziomie czytelniczym, tylko ja spodziewałam się po niej o stokroć więcej.

czwartek, 28 lutego 2013

"Wybrani" - C.J. Daugherty



PREMIERA: 6 MARZEC
Allie to zbuntowana nastolatka. Rodzice nie radzą sobie z jej zachowaniem i po trzecim aresztowaniu wysyłają dziewczynę do szkoły z internatem - Cimmeri. Allie poznaje tam Jo, Sylvaina i Cartera. Jednak im dłużej jest w szkole, tym szybciej traci do wszystkich zaufanie.

Na początku książka nie była zbyt ciekawa. Mimo nowego początku bohaterki za wiele się nie działo. Nawet pobyt dziewczyny w szkole zaczął się naiwnie, bo w ciągu pierwszego tygodnia całowała się już z obcym chłopakiem. Nie czułam przy tym żadnych emocji.
Po czasie przeszkadzała mi także pewna schematyczność.
Spotkałam się bowiem z kolejnym trójkątem miłosnym. Wątek ten jest oklepany i mało interesujący.
Za plus jednak uważam tajemniczość. Im byłam dalej, tym ciekawiej zaczynało się dziać. I chociaż z początku akcja była drętwa i nijaka, to z czasem stała się wciągająca, a uczucie tajemniczości i nierozwiązanych zagadek zostało ze mną do końca.

Jak już wspomniałam miałam nieprzyjemność patrzeć na trójkąt miłosny. W połowie lektury bowiem oddałam już serce jednemu z bohaterów i drugi mi tylko przeszkadzał.
Główną postacią jest Allie, która to przybywając do Cimmeri zdobywa serca dwóch chłopców, przyjaźń dziewczyn, a także zazdrość ze strony innych uczennic.
Było to trochę naciągane. Argumentem jednak pozostaje, że dziewczyna została przyjęta do szkoły w trakcie semestru i tym zdobyła takie zainteresowanie.
Na pierwszy ogień idzie Sylvain, chłopak z francuskim akcentem. Bohater od razu zaczyna podrywać Allie i już po kilku dniach dziewczyna wpada w jego sidła.
Sylvain to typowy męski charakter. Inteligentny, przystojny i posiadający niezwykły urok.. jednak to wszystko już było! Nic nie wyróżniało go z tłumu.
Poznajemy za to jeszcze Cartera, który chociaż dokuczliwy i wredny dla nowo przybyłej, ironicznymi komentarzami i poczuciem humoru pokazał swoją wyższość nad poprzednikiem i sprawił, że całkowicie zdobył moje serce.

22 - letnia autorka od początku prowadzi lekką trzecioosobową narrację, czasami opiewaną w naiwne i sztuczne dialogi, jednak w większości z ciekawym w odbiorze językiem.
Najlepiej pisarce udało się stworzyć relacje pomiędzy Allie i Carterem. To właśnie sceny z nimi dostarczyły mi najwięcej uczuć i emocji.
"Wybrani" to debiutancka powieść C.J. Daugherty, a zarazem pierwsza część dobrze zapowiadającej się serii.
Mam nadzieję, że w kolejnym  tomie odnajdę więcej Cartera i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Pełna intryg, tajemnic, a także szczypty romansu historia to dobra powieść młodzieżowa. Czasami ostrzejsza, momentami delikatna, ale bardzo ciekawa książka, na której korzyść przemawia brak istot paranormalnych. Myślę, że z kolejnymi częściami będzie tylko lepiej, a "Wybranych" serdecznie polecam.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


sobota, 23 lutego 2013

"Madeleine i czterech jeźdźców apokalipsy" - Jarosław Zaniewski


Mam instynkt do dobrych książek. Niekoniecznie wybitnych, ale do takich, które mi się spodobają. Niestety mamy z moim instynktem odmienne poczucie humoru i czasami chcąc sobie ze mnie zażartować, a może za coś się zemścić (?) podsuwa mi on lektury mniej niż przeciętne. Jak było tym razem?

Główną bohaterkę książki, Madeleine poznajemy gdy ma 7 lat. Dziewczynka przeżywa tragedię, albowiem umiera jej przyjaciel. Po tym wydarzeniu pojawia się przeskok w czasie o 25 lat do przodu i tytułowa bohaterka jest już kobietą. Jako słynny naukowiec otrzymuje zaproszenie do odkrycia tajemniczej Komnaty Wiedzy.

Muszę przyznać, że autor miał bardzo dobry pomysł na książkę. Egipt, Komnata Wiedzy, hieroglify. Tym zachęcona usiadłam do lektury i już po kilkudziesięciu stronach zaczęłam się śmiać.
"Madeleine i czterech jeźdźców apokalipsy" to powieść sensacyjna. Przynajmniej tak wynika z opisu Wydawnictwa. Ja jednak doszłam do wniosku, że jest to komedia. To właśnie tego trzymałam się do końca.
Pozwolę sobie użyć wyrażenia, że fabuła była IDIOTYCZNA. W momentach, w których powinnam się bać czy smucić, popadałam w niepohamowany entuzjazm. Jednak to akcja (jaka akcja??) jest moją ulubioną częścią w tej powieści. Miała ona chyba na celu potęgowanie tajemniczości; szkoda tylko, że leciała na łeb i szyję, tworząc nieogarnięty obraz świata przedstawionego.

Główna bohaterka, Polka o śmiesznym imieniu to wybitna znawczyni pism starożytnych. W wieku 32 lat jest dziewicą, 'najczystszą' kobietą na Ziemi.
Poświadczając o swej czystości zabrania siostrze Adzie (około 29 lat) odbyć stosunek z mężczyzną. Co dziwne, siostra Madeleine przyłapana pół naga w hotelowym łóżku z owym mężczyzną, Azarem, potulnie wraca do swojego pokoju, tylko raz wyraziwszy: "Ależ Madeleine, nie możesz mi tego zabronić."
Oczywiście, nie chciałabym stwierdzić, że jest to głupie, naiwne czy śmieszne. Tak sobie tylko piszę.

Przejdę jednak do rzeczy, która wiele razy zmusiła mnie do wyłączenia myślenia.
Styl autora to katastrofa. Jarosław Zaniewski ma 32 lata i odważył się wydać książkę, która stylistycznie jest na poziomie uczniów w podstawówce. W tekście co rusz pojawiały się błędy gramatyczne, merytoryczne, a nawet leksykalne.
Dialogi dorosłych ludzi, wzbudzają tylko jęk litości, czy wybuch śmiechu. Jednak to ostatnie zdanie: "Ale czy aby na pewno?" utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta książka była żartem, na który dałam się nabrać.

Przed "Madeleine" czytałam "Genezę". Przypomnę, że to debiut 22-letniej pisarki Jessici Khoury z Georgii. Dlatego właśnie, autorowi nie pomaga fakt, że jest debiutantem. Uważam nawet, że to najgorszy debiut jaki miałam okazję czytać. Dodatkowo zauważyłam, że autor planuje kontynuacje. Litości!
Bardzo dobry pomysł został zmarnowany. Dlaczego?!
Mogę Wam szczerze odradzić tę lekturę. Nie polecam.



Za książkę dziękuję Wydawnictwu;


niedziela, 17 lutego 2013

"Geneza" - Jessica Khoury


Pia, doskonała, nieśmiertelna dziewczyna mieszkająca w Little Cam z grupą naukowców, dąży do tego by stworzyć takich jak ona - nieśmiertelnych. Przez to musi przechodzić testy Wickhama, które pokazują czy jest gotowa poświęcić się temu przedsięwzięciu. Jej uległość i wiara w osądy naukowców zmniejszają się, gdy do Little Cam przyjeżdża Harriet Fields.

"Geneza" to książka, która pokazuje nieśmiertelność z innej strony. Nie wiąże się ona z wampirami, czy podobnymi magicznymi istotami. Jest dziełem nauki i na niej się opiera. Ten punkt widzenia był dla mnie nowy i sprawił, że lektura stała się oryginalniejsza od powszechnie panującej (właściwie już przemijającej) 'wampirzej' mody.
Na początku czytelnik nie jest wprowadzony do świata nauki, musi wiele się domyślać, jednak z czasem karty się odkrywają. Towarzyszy temu dreszcz zaciekawienia i niepokoju.
Akcja następuje powoli. Jest tonowana, jednak gdy już się kumuluje i wybucha to pozostawia czytającego z domieszką koncentracji i fascynacji. Okazuje się, że lektura nie jest taka miła i grzeczna na jaką wygląda, a przechowuje groźniejszą treść. Mimo to, "Geneza" pokazuje także magiczny świat, który nas oczarowuje.

Każdy powtarza Pii, że jest doskonała, czego dziewczyna ma już dość. Coraz częściej rozmyśla nad swoim istnieniem, swoją egzystencją i nieśmiertelnością. Jako postać, która nigdy nie opuszczała miejsca urodzenia, jest nieświadoma świata i jego piękna. Czasami bywa naiwna, wierząc w jedną prawdę, którą wszyscy jej powtarzają. Jednak wychowana na zasadach określonych przez naukowców, nie może domyślać się co jest dobre, a co złe. Mimo to ma wielkie serce, które okazuje czyniąc dobre rzeczy.
Po przyjeździe Harriet, główna bohaterka nie darzy jej sympatią. W myślach nazywa kobietę Fajtłapą. Jest jednak także nią zaciekawiona, 'kimś z zewnątrz' i próbuje zrozumieć co nowa pani naukowiec ma na myśli opowiadając np. o rzece Missisipi. Stara się dowieść, dlaczego tak wiele rzeczy jest przed nią ukrywane i tym sposobem zbliża się do Harriet Fields.

Jessica Khoury wydając "Genezę", swoją debiutancką powieść miała 22 lata. Nie wiedziałam, więc czego mogę się spodziewać po lekturze.
Pisarka mnie zaskoczyła. Zaskoczyła umiejętnością manipulowania słowem pisanym. Nie starała się zabarwiać, a mimo to stworzyła przepiękny, barwny świat, z którego ciężko się było wydostać. Autorka ma lekkie pióro i umiejętnie to wykorzystuje. Swoją powieść poprowadziła wykorzystując Pię, dzięki czemu czytelnik dowiaduje się wszystkiego razem z postacią. Dzięki temu również główna bohaterka staje nam się bliższa i potrafimy ją zrozumieć.

"Nie ocenia się książki po okładce". Może to i prawda, jednak okładka "Genezy" jest tak piękna, że ciężko przejść obok niej obojętnie. Oprawa graficzna jest wprost idealna do treści.
Bardzo dobrze także spisało się Wydawnictwo dokonując rzetelnej i dobrej korekty.

W ciągu ostatnich kilku dni przeżyłam jedną z najpiękniejszych historii. W moje ręce trafiło dzieło doskonałe. W nowym roku zdążyłam przeczytać same ciekawe pozycje, jednak "Geneza" dostała pierwsze miejsce, bijąc się tylko z serią(!) "Jutro".
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że książka ma swoje drobne mankamenty, o których ja całkowicie zapomniałam. Wyparłam je z mojego umysłu.
To książka, na którą warto zwrócić uwagę!

sobota, 16 lutego 2013

Zapowiedzi luty/marzec.


PREMIERA: 21.02  
Wojna się skończyła, ale walka trwa nadal.
Liczyliśmy na spokój. Ale kiedy opadł bitewny kurz okazało się, że teraz o wiele trudniej rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Przekonałam się też na własnej skórze, że nasze czyny przynoszą czasem konsekwencje, których nie da się przewidzieć – i którym nie jesteśmy w stanie zapobiec…
Acha. Jest jeszcze Lee. Coś się między nami wydarzyło. Coś, co zmieniło mnie na zawsze…
Książki Johna Marsdena to fenomen. Powieści o grupie nastolatków, którzy walczą z tajemniczym wrogiem atakującym Australię otrzymały kilkadziesiąt nagród w Australii, Stanach Zjednoczonych, Szwecji i Niemczech. W USA znalazły się na liście najlepszych książek dla młodzieży, a w Szwecji na pierwszym miejscu na liście książek polecanych przez nastolatków. W Polsce również stały się bestsellerami.
Jeśli staniesz do walki, możesz wygrać albo przegrać. Jeśli nie będziesz walczyć, przegrasz na pewno.


PREMIERA: 6.03

Gdy wszyscy wokół kłamią, komu zaufasz?
Świat Allie legł w gruzach. Jej ukochany brat zaginął, a ona została aresztowana – kolejny raz. Rodzice podejmują desperacką decyzję o wysłaniu dziewczyny do elitarnej szkoły z internatem. Akademia Cimmeria nie jest jednak zwyczajną szkołą. Panują tu dziwne zasady, a uczniowie to w większości bogate dzieci wpływowych rodziców. Kiedy jedna z uczennic zostaje zamordowana, Allie zaczyna rozumieć, że Akademia Cimmeria skrywa mroczny sekret. Czy w jego odkryciu pomoże dziewczynie przystojny Sylvain? A może outsider Carter?
Jaką tajemnicę kryje historia rodziny dziewczyny? Kim tak naprawdę jest Allie?
Wybrani to pierwsza część bestsellerowej sagi. Książka jest skazana na sukces, przepis na niego doskonale zna brytyjska redaktorka Wybranych, która odkryła również Stephenie Meyer (autorkę kultowego Zmierzchu). Dotychczas prawa do wydania Wybranych zostały sprzedane do 18 krajów.




PREMIERA: 7.03
Każdy z nas zna historię Romea i Julii, kochanków skazanych na potępienie, ale czy ktoś pamięta Rosaline, kuzynkę Julii i pierwszą miłość Romea? To z nią Romeo pragnął spotkać się na przyjęciu u Kapulettich i to właśnie wtedy na scenie pojawiła się Julia. Dla jednych rozpoczął się romans, dla innych – Rosaline – zaczęła się tragedia.

Nieprawda. Julia nie była słodką, niewinną dziewczyną, rozdartą wewnętrznie wyrokiem przeznaczenia. Doskonale wiedziała, co robi. Kłopot w tym, że Szekspir nie miał o tym pojęcia– amerykańska pisarka Rebecca Serle proponuje inną wersję losów kochanków. Jej powieść to trawestacja dramatu Williama Szekspira. Porzucona kobieta przedstawia w niej swoją wersję wydarzeń.

Historia zakochanych zostaje przeniesiona do czasów współczesnych. Rosaline i Rob, bohaterowie powieści Kiedy byłeś mój, to typowi nastolatkowie, którzy uczą się razem w szkole średniej na Zachodnim Wybrzeżu USA. Od zawsze łączy ich przyjaźń, która z czasem przeradza się w znacznie głębsze uczucie. Gdy dochodzi między nimi do pierwszego pocałunku, do miasta wprowadza się Juliet – kuzynka Rosaline, jej dawna przyjaciółka, która teraz staje się jej wrogiem. Robi wszystko, żeby zbliżyć się do Roba. Jest piękna i szalona... Gdy grozi samobójstwem, Rosaline zaczyna się martwić nie tylko o serce Roba, ale też o jego życie.




PREMIERA: 20.03
Ostatni tom bestsellerowej trylogii.



Rewolucja rozlewa się na cały kraj, oddziały rządowe śledzą i brutalnie tępią grupy Odmieńców. Jako członkini ruchu oporu Lena znajduje się w samym centrum konfliktu. Rozdarta między Aleksem i Julianem walczy o swoje życie i prawo do miłości. 

W tym samym czasie Hana prowadzi bezpieczne, pozbawione miłości życie u boku narzeczonego – nowego burmistrza Portland. Wkrótce drogi dziewczyn znów się zejdą, a ich spotkanie doprowadzi do bolesnej konfrontacji. 
Czy można wybaczyć zdradę? Czy mury wreszcie runą?


PREMIERA: 20.03


Przędza ma wszystko, co powinien zawierać bestseller: charyzmatyczną główną bohaterkę i atrakcyjną fabułę, łączy przygodę, romans, tajemnicę, akcję i magię. Emocjonuje i wciąga od pierwszych stron, przenosi w fantastyczny świat Tkaczy – w świat pełen uprzywilejowanych, pięknych dziewcząt, który rządzi się jednak okrutnymi prawami i gdzie łatwo narazić się na niebezpieczeństwo. Książka pełna zwrotów akcji i napięcia, a także opowieść o trudach dojrzewania, bycia outsiderem, sile charakteru i… miłości.
Bohaterka trylogii Przędza – Adelice – posiada niezwykły dar, który pozwala jej kształtować czasoprzestrzeń – potrafi tkać rzeczywistość, co zechcą wykorzystać bezwzględni władcy, dlatego zamiast go eksponować, stara się go ukryć. Podczas gdy szczytem marzeń każdej dziewczyny jest członkostwo w uprzywilejowanej grupie pięknych dziewcząt mających władzę, Adelice robi wszystko, by nie zdać testów kwalifikacyjnych. Nie udaje jej się ukryć swojego daru i trafia do specjalnej akademii. Na początku spotyka się z zazdrością koleżanek, ale znajduje wiernych sojuszników w osobach dwóch bardzo przystojnych strażników, którzy zaczynają walczyć o jej względy.
Wykreowany przez Albin świat fascynuje od samego początku. Umiejętnie podsycane przez autorkę napięcie, sprawia, że groza narasta w czytelniku stopniowo, wraz z odsłanianiem kolejnych tajemnic funkcjonowania tej niesamowitej rzeczywistości. Jest to świat alternatywny do naszego, gdzieś równoległej rzeczywistości, jak można się domyśleć, ale zawierający elementy znane czytelnikowi, łatwe do rozpoznania.
Zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych tego samego typu propozycja z gatunku młodzieżowej literatury fantasy. Świetnie napisana, sprawna warsztatowo, wciągająca, nieprzewidywalna historia.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nie jest tych zapowiedzi zbyt dużo, ale te książki jak na razie mnie interesują.
"Kroniki Ellie" to moje must have & must read lutego. Czekam na nią z OGROMNĄ niecierpliwością.
"Wybrani" już leżą na półce. Za jakiś czas będę się za tę lekturę brała. Mam nadzieję, że nie będzie schematyczna, bo opis taką zapowiada.
"Kiedy byłeś mój" to historia z wielkim potencjałem i jak mnie zawiedzie to się wkurzę. Spodziewam się jakiejś pięknej opowieści.
"Requiem" to tym razem must x2 marca. Bez tej książki nie będę mogła spokojnie oddychać. Odkąd skończyłam "Pandemonium" to na nią czekam!
"Przędze" miałam okazję czytać. RECENZJA TUTAJ. Teraz czekam na jej książkowe oblicze, bo okładka jest prześliczna!

Wy czekacie na którąś z tych książek? Może macie jakieś inne zapowiedzi, których nie wymieniłam, a które są dla Was ważne?


Zapraszam na stronę mojego bloga na fb: O TUTAJ!