Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nakanapie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nakanapie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 sierpnia 2012

"Cienie na Księżycu" - Zoe Marriott




Suzume, kilkunastoletnia dziewczyna jest świadkiem morderstwa. Zabito jej ojca i kuzynkę, a jej samej grozi niebezpieczeństwo. Dlatego wraz z matką udają się do innego miasta by zamieszkać z przyjacielem ojca, Terayamą. Po pewnym czasie matka dziewczyny wychodzi za mężczyznę, a wtedy Suzume poznaje prawdę o ojczymie. Do śmierci jej ojca przyczynił się właśnie on. Nastolatka pragnie pomścić śmierć najbliższych. Ucieka więc z domu, planując zemstę, odkrywając w sobie magiczne zdolności i poznając ludzi, którzy zmienią jej świat. Czy plan dziewczyny zakończy się sukcesem?

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po „Cienie na Księżycu”? Na pewno Nie opis powieści. Kopciuszek? Księżycowy Książę? Nie przekonywało mnie to. Jednak jak tylko książkę dostałam w swoje ręce, zaczęłam czytać.. Początek jest pełen akcji. Morderstwo, ucieczka.. jednak w ogóle mnie to Nie wciągnęło. Czytałam dalej bez większego oczekiwania, aż do pewnego momentu. Sama Nie wiem, który to był fragment, jednak nagle zaczęłam czytać z przyśpieszonym biciem serca i z rosnącym zaciekawieniem. Fabuła została wzbogacona o nowe rzeczy, bardziej interesujące, momentami mogłabym nawet rzec mrożące krew w żyłach. Najciekawszy wątek jednak i tak zaczął się jak Suzume poczęła planować zemstę. Dla niej musiała zrezygnować z miłości i podjąć trudne decyzje. To Nie było dla dziewczyny proste, ale głęboko wierzyła, że uda jej się pomścić śmierć ojca i kuzynki, jeżeli cała się poświęci dla sprawy.
Suzume bywała w miejscach, które autorka niezwykle barwnie opisała. Akcja toczyła się w Japonii, Kraju Kwitnącej Wiśni, a przynajmniej takie wrażenie miał czytelnik, bo pisarka stworzyła swój fantastyczny świat.
Chciałabym również wspomnieć o jednej rzeczy, a mianowicie o mocy jaką dziewczyna w sobie odkryła. Była tkaczką cieni, potrafiła stworzyć iluzję czegoś, co wiele razy pomagało jej w trudnych sytuacjach. Dodawało to powieści pewnego smaczku i czuć było tę magiczną część.

Kilkunastoletnia Suzume nie od początku wzbudza przychylność czytelnika. W jej życiu dochodzi do tragedii i dziewczyna nie wie jak z tym żyć. W pewnym momencie dochodzi również do samookaleczeń ze strony głównej bohaterki. Z czasem jednak, nabywając nowych doświadczeń, dowiadując się różnych rzeczy, postać staje się silną, zdecydowaną i wierzącą w jedno osobą. W jedno czyli w zemstę.. To główny punkt powieści i na nim najbardziej skupiała się Suzume. Oprócz głównej bohaterki, w powieści przewija się wiele innych postaci. Poznajemy Otiena, chłopca od którego wiele rzeczy w powieści zależy, oddaną i wspierającą Akirę, a także bezlitosnego Terayamą i matkę, która zamiast córki wybrała mężczyznę. Żeby poznać resztę bohaterów trzeba samemu zagłębić się w „Cienie na Księżycu”.

Ciężko mi ocenić język pisarki bo mam wrażenie, że dojrzewał razem z bohaterką. Na początku raziły mnie niektóre błędy stylistyczne, z czasem jednak miałam wrażenie jakby zaczęły zanikać. Pisarka zaczęła tworzyć piękną historię, a Nie tylko ją opisywać. I to dojrzewanie w jakiś sposób również do mnie przemówiło. Zoe Marriott zastosowała narrację pierwszoosobową co bardzo jej się udało. Chociaż czasami bohaterka wydawała się nad sobą użalać, to biorąc pod uwagę wydarzenia, ciężko było jej się dziwić.  Dzięki narracji w pewien sposób zżyłam się z Suzume.

Jedną z rzeczy, które przekonały mnie do przeczytania powieści była okładka. Pionowe, japońskie znaki tworzyły klimat i nastrój, przez który byłam bardziej ciekawa co znajdę w środku książki. Oprawa również mi się podoba. Ładny papier, dobra czcionka i podział lektury na trzy części: Suzume, Rin i Yue.
„Cienie na Księżycu” to trzecia powieść Zoe Marriott. Z ciekawością przeczytałabym dwie poprzednie lektury pisarki. Mam nadzieję, że któreś wydawnictwo zdecyduje się je wydać.

Historia poza czasem i ponad czasem głosi napis na okładce. I zdecydowanie książka Marriott taka jest. Wchłania czytelnika tak, że budząc się z letargu, zauważa ile czasu minęło. Mnie lektura również pochłonęła. Może nie od początku, ale jednak. Co do zakończenia to trochę się na nim zawiodłam. Zdarzyło się coś, czego się spodziewałam, ale myślę, że finał był ciekawy i dobry. Po prostu dobry.
„Cienie na Księżycu” polecam każdej osobie szukającej książki, która przeniesie wszystkich w swój własny magiczny świat.



Za książkę dziękuję serdecznie:





____________________________________
Powróciłam do blogowania. Muszę przyznać, że przez urlop i brak internetu bardzo zaniedbałam recenzje i teraz nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć na raz. Proszę o cierpliwość, powoli będę nadrabiała.

czwartek, 29 marca 2012

Przełamać Noc - Liz Murray


"Przełamać noc" (ang. Breaking Night) - w slangu miejskim: nie spać przez całą noc, aż do świtu.
Przełamać noc - Liz Murray

Od pierwszych stron Liz opowiada nam swoje losy. Poznajemy małą, zagubioną dziewczynkę, najmłodszą córkę, która musi radzić sobie z uzależnieniem rodziców od alkoholu i narkotyków. Mieszkając w brudnym domu nie chce trafić do opieki i stara się robić wszystko, by temu zapobiec. Starsza siostra Lisa jej w tym nie pomaga. Zależy jej na nauce, więc nie poświęca dużo czasu rodzinie.
W rodzinie Murray bywały tak ciężkie czasy, że obie dziewczynki chcąc zaspokoić głód jadały pastę do zębów czy ssały kostki lodu. Jak to, więc możliwe, że wszystko się ułożyło? Chociaż czy tak naprawdę coś się kiedyś ułożyło?

Od pierwszych stron czułam, że ta książka nie jest zwykłą powieścią. Bił od niej smutek co wprawiało mnie w melancholijny, niemalże przygnębiający nastrój. Nawet pisząc o niej, nie jestem pewna jakich słów powinnam użyć. Liz Murray nie stworzyła genialnej historii, ona ją przeżyła. Spróbuję od początku.

Niewiele mogę wspomnieć o fabule. Była wstrząsająca, to z pewnością. Było w niej jednak coś magicznego, coś przez co chciałam wiedzieć jak życie Liz potoczy się dalej. Czy ktoś zginie? Czy stanie się coś złego? A może spotka ją szczęście? Z pewnością stworzenie, opisanie tej historii było trudne, wywoływało wiele wspomnień, bo choć ja tego nie przeżyłam, czułam się, gdyby to mnie spotkało. Wizja takiego świata przeraziła mnie. Pewne sytuacje wzbudzały mój podziw, czasami nawet obrzydzenie. Jak ocenić fabułę? Powinnam ją oceniać? Nie, jest wyjątkowa, bo prawdziwa.

"Gdybyś mnie znała lepiej, babciu, nie chciałabyś, żeby cię odwiedzała wnuczka, a przynajmniej nie ta. Nie jestem już tą samą dziewczynką, która co sobota w kuchni słuchała twoich kazań. Jestem lekkomyślna i wszystko zaniedbuję, zwłaszcza ciebie."

Bohaterów występuje wielu. Matka i ojciec, uzależnieni od narkotyków, siostra Liz, Lisa to osoby, które poznajemy od samego początku.  Znamy ich najlepiej, widzimy jak się zachowują i choć nie potrafimy tego zrozumieć, szanujemy ich. Rodzina Lizzy jest nie tylko jej rodziną, ale również moją.  Cierpiałam równie mocno jak oni.
Kolejnymi bardzo ważnymi postaciami są przyjaciele głównej bohaterki. Poznajemy ich z czasem, każdego po kolei. Jednego bardziej, drugiego mniej. Wielu z nich, sama pokochałam. Ich dobroć zawładnęła moim sercem. Starali się pomagać swojej przyjaciółce, sprawiali, że jej życie nabierało blasku, że miała po co żyć i o co walczyć. Myślę, że każdy człowiek chciałby spotkać takich ludzi na swojej drodze.
Niestety w życiu Elizabeth pojawiały się również takie osoby, przez które bardzo cierpiałyśmy. Najpierw ona, a potem czytając, ja. Zdawać by się mogło, że pierwsza miłość powinna być piekna i czysta, nieskażona, jednak to zależy od tego, do kogo poczujemy pierwszy raz tak głębokie uczucie. Niestety Lizzy nie trafiła dobrze co poniosło późniejsze konsekwencje.

"Bywało ciężko, ale mieliśmy siebie, więc niczego nam nie brakowało."

Język powieści mnie urzekł. Liz Murray zaczarowała mnie. Czytając jej powieść, czytając o jej życiu nie potrafiłam przestać. Autorka opowiadała to ze swojej perspektywy, użyła narracji pierwszoosobowej. Wiedziałam przez to co czuje i byłam na bieżąco z wydarzeniami, co bardzo mną poruszyło. Elizabeth zrobiła rzecz niezwykłą. Opisała swoje życie, ale nie po to byśmy jej współczuli, czytając nie czułam po jej słowach, że tego chce. Bardziej starała się mi, czytelnikom przekazać, jak ważne by nikt się nie poddawał. Czarowała słowami, po to by pomóc nam. Żebyśmy zrozumieli, że nawet jak jest bardzo źle może być lepiej, może być sto razy lepiej.


"Czułam ciepło jego ciała i słyszałam, jak bije mu serce, równo i pokrzepiająco. Bałam się, jak straszliwie pragnę, by nigdy ode mnie nie odszedł."

Okładka bardzo mi się podoba, prosta, zwięzła. Obrazek małej dziewczynki w kurtce ujmuje, ale piękno okładki przesłaniają mi krótkie opinie, w prawym dolnym rogu. Tak samo jak w lewym górnym pomarańczowy znaczek: "bestseller New York Timesa". Uważam, że jest to zbędne i gdyby znajdowało się na tylnej stronie okładki, ta wyglądałaby lepiej.  Czcionka, przy której dobrze się czyta. Tekst się nie zlewa, nie jest za duża, ani za mała, odpowiednia.

"- Na pewno cię kochał, był twoim tatą. Wściekał się pewnie przez piwo. Gdyby mógł przestać, byłby dla ciebie dobrym tatą."

Czy Liz Murray można nazwać pisarką? Tak. Stworzyła powieść przez kóorą na takie miano zasługuje. Wiele w życiu przeżyła, jednak osobiście jestem jej fanką i bardzo ją podziwiam. Nie czytałam jeszcze tak prawdziwej  historii, ktora by mną tak wstrząsnęła.
Obecnie pisarka kieruje założoną przez siebie w Nowym Jorku organizacją Manifest Living, której celem jest inspirowanie dorosłych ludzi, by uwierzyli, że mogą osiągnąć w życiu wymarzone cele. Podróżuje także po świecie z wykładami i warsztatami motywacyjnymi, występując obok tak znamienitych osobistości jak Tony Blair, Michaił Gorbaczow czy Dalajlama.

"Ale kiedy płakałam, była przy mnie; nie mogłam przestać."

"Przełamać Noc" to książka, która mnie wzruszyła, lecz nie tylko. Zasiedliła się w moim sercu i wiele razy będę do niej wracała. Po skończeniu powieści, usiadłam i chwilę zastanowiłam się nad tym jak postępuję. Książki nie da się spokojnie odłożyć na półkę i o niej zapomnieć. Jest szczególna, wyjątkowa. Polecam, choć właściwie bez tego, każdy powinien po nią sięgnąć.

"Życie każdego z nas ma taki sens, jaki mu sami nadamy."


Za książkę serdecznie dziękuję portalowi

_________________________________________________________

Po raz kolejny opuściłam bloga i sferę blogowiczów, jednak tym razem nie  było to z mojej winy. Zostałam bez komputera na +/- dwa tygodnie, za co przepraszam. Spróbuję teraz wszystko nadrobić.
I muszę przyznać, że brak komputera miał swoje plusy. Przeczytałam zdecydowanie więcej książek, z czego jestem niesamowicie dumna.

piątek, 3 lutego 2012

Tunel - Gary Braver


"Wiara, a nauka"

Wypadek na rowerze.. śpiączka..wymawianie Modlitwy do Jezusa po aramejsku to wszystko zdarza się w ciągu kilku tygodni,
młodemu studentowi Zachariaszowi Kashianowi, ateiście. Mało prawdopodobne by niewierzący przemawiał "głosem Jezusa" jednak gdy pacjenci szpitala dowiadują się o tym, wysnuwają teorie: Zack to dar od Niebios, to cud.
Jaka jest prawda? Kim tak naprawdę jest zadłużony młody mężczyzna?

Czy istnieje życie po śmierci? Czterech naukowców próbuje się tego dowiedzieć. Dają ogłoszenie, w krórym zachęcają ludzi do badań nad snem, za które płacą.
Gdy Zack się do nich zgłasza, zaczynają rozwiązywać 'problem' ludzkości. Jedni probują dowieść, że Bóg istnieje, inni że wszystko sprowadza się do racjonalnego, naukowego wyjaśnienia.

Książka jest podzielona na prolog, trzy części (w których znajduje się 89 rozdziałów) i epilog.
Świat przedstawiony przez Bravera jest bardzo realistyczny. Wielu z nas często myśli o religi, więc to co serwuje nam autor jest dobrze znane. W fabule, która została dobrze dopracowana, nie występują niedociągnięcia typu: jedna sprawa  rozwiązana do końca, druga nie. Zostałam także wiele razy zaskoczona. W pewnym momencie myślałam, że coś przewidziałam, po czym okazywało się, że autor "wpuścił mnie w maliny". Uważam to za pozytywną stronę książki. Chcę jednak wspomnieć, nie chcąc zdradzać fabuły, o sytuacji, którą Braver nieprzemyślaną rozwiązał. Jednak w "Tunelu" zdarzyło się to tylko raz, więc nie mam większych uwag.

Wspominając o bohaterach muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Głównych ról jest niewiele, mimo to pisarz nie starał się przybliżyć czytelnikowi ich wyglądu. Pozostawiał to naszej wyobraźni.
Z żadną z postaci nie zbliżyłam się. Nie wiedząc, co jej w głowie siedzi, nie przywiązywałam wagi i większych uczuć do ich zachować. Uważam to za wielki minus. W każdej powieści, oczekuję, że nawiążę coś na rodzaj więzi z bohaterem. Oczekuję, że po jego śmierci wyleję mnóstwo łez, a w "Tunelu" nic takiego nie miało miejsca.

"[...] - Więc jakie twoim zdaniem są motywacje do czynienia zła? - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Sądzę, że jest ich wiele - władza, pieniądze... - Nie. Jest tylko jedna - zemsta."

Język Bravera jest przystępny, łatwy i w większości zrozumiały. Używa jednak wielu określeń naukowych, których czytelnik może nie zrozumieć. Część z nich tłumaczy, lecz część pozostawia naszej wyobraźni. Uznaję to za kolejny minus, bo ja czytając książkę nie jestem zmuszona do tego by szperać w słownikach i szukać znaczenia danego słowa. Ja oczekuję, że albo autor, albo Wydawnictwo, umieszczając z tyłu słowniczek, wyjaśni mi to czego nie rozumiem.
Za dużego plusa uważam wiele cytatów i dialogi. Zrozumiałe i normalne. Zauważyłam, że niektórzy współcześni pisarze, chcą książkę "udoskonalić" w wykwintne rozmowy rodem z lat 80-tych, Braver za to rzuca nam prosto z mostu stek przekleństw i głupie pytania bohaterów, czyli coś nad wyraz prawdziwego. W XXI ludzie bluźnią na każdym kroku i dodanie tego do literatury to kolejny krok ku zwycięstwu. Są jednak ludzie, którym takie słownictwo przeszkadza, odpycha ich i myślę, że mogą być
zniesmaczeni.
Narracja trzecioosobowa, co oznacza, że czytelnik wie wszystko o wszystkich, a przynajmniej tak mu się wydaje. Rozwiązanie
pewnych spraw robi ogromne wrażenie.

" - Jego też wykorzystaliście - powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. - Może jednak masz rację, że nie ma Boga. Są tylko ludzie."

Jezeli chodzi o wydanie powieści, to chociaż okładka mi się nie podoba, uważam, że jest brzydka pod względem wyglądu, za to w praktyce jest bardzo komfortowa. Zaginając ją nie powstawały blizny (czytaj:rysy). Sprzyja to bardzo dogodnemu czytaniu.
Czcionka zwykła, prosta, wygodna w każdej książce. Przy cytatach z Biblii i myślach bohaterów jest ukośna, co dodaje uroku
wnętrzu książki.

Dlaczego "Tunel"?
Historia ma wiele wspólnego z teorią: "po śmierci, widziałem/am światło wydobywające się z tunelu".
Tytuł więc idealnie nadaje się do treści, a nawet pasuje do okładki.

Gary Braver napisał już kilka powieści, jednak "Tunel" to pierwsza wydana w Polsce. Historią tą porusza dość kontrowersyjny temat. Obawiam się, że wielu ludzi w naszym kraju odrzuci pozycje nie zagłębiając się w treść. Uważam to za błąd, a sama mam nadzieję, że w Polsce spotkam się z kolejnymi tytułami autora.

Muszę przyznać, że jeszcze nie miałam styczności z podobną historią i nie byłam pewna czy trafi ona w mój gust. "Tunel" jednak jest tak wciągający, że po skończeniu przeważają miłe wrażenia. Oczywiście mam zastrzeżenia do końcówki, wolałabym też w thrillerze więcej akcji, jednak to wszystko schodzi na dalszy plan.
Polecam, jednak każdy czytelnik musi mieć na uwadze, na czym skupia się powieść. Nie odrzucajcie jej jednak przez tematykę o religii, ponieważ jest warta uwagi. Mimo to, polecając skłaniam się bardziej w stronę fanów gatunku.

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi
______________________________________________
Bardzo przepraszam, że tyle mnie nie było. Nie mam czasu, czytać, pisać, a jak mam czas to jestem zmęczona. :)
Poprawię się, ale proszę o cierpliwość.
Chcę wspomnieć też o tym, że to pierwsza recenzja napisana przeze mnie od dłuższego czasu i w skupieniu pomógł mi zaradny na wszystko: