poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Dobre wychowanie" - Amor Towles

'Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa – jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka."


"Dobre wychowanie" zaczyna się wstępem, rozgrywającym się 32 lata po wydarzeniach opisanych w książce. Na samym początku poznajemy już Katey i możemy zauważyć, że skrywa jakąś tajemnicę z przeszłości.
To właśnie wprowadzenie sprawia, że czytanie lektury przychodzi z czystą przyjemnością i wielkim zaciekawieniem. Co zdarzyło się 32 lata temu w życiu na pozór normalnej kobiety?

Jest 1937 rok, Sylwester. Dwie przyjaciółki Katey i Eve zamierzają świętować nowy rok w klubie w Greenwich Village. Popijając dżin, zauważają przystojnego, dobrze ubranego mężczyznę, który wchodzi do baru. Zaciekawione postacią, w pewnym momencie nawiązują rozmowę.
Bogaty Tinker Grey okazuje się interesującym człowiekiem i już wkrótce wkracza w życie dziewczyn na długi okres. Trójka przyjaciół świetnie się razem bawi, aż do dnia, w którym dochodzi do niefortunnego, tragicznego wypadku.

"Dobre wychowanie" to książka nietypowa. Jest to powieść w stylu retro, dla fanów "Śniadania u Tiffany'ego" i "Wielkiego Gatsby'ego”, jednak muszę się przyznać, że obu klasyków nie czytałam. Co w takim razie skłoniło mnie do sięgnięcia po tę historię? To „coś". Gdy tylko przeczytałam recenzję na którymś z blogów, wiedziałam, że muszę ją mieć.
Kolejnym bardzo zachęcającym elementem okazał się niezwykły i tajemniczy wstęp, a dalej poszło już jak z płatka.
Z każdą przewracaną stroną czułam większy pociąg do tej powieści. Im dalej brnęłam, tym bardziej mnie oczarowywała.
Posiada w sobie bowiem niezwykłą moc. Fabuła jest pięknie, żywo skonstruowana, przemyślana i ciekawa. Zdarzały się momenty, że czytałam książkę ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dialogi bawiły, a także coś przekazywały. Nie były puste i monotonne.
Zaskoczył mnie również obraz XX wieku. Zabawa, szaleństwo, bogactwo coraz mocniej mnie pochłaniały. Byłam tam! Byłam w Nowym Jorku razem z Katey, Eve i Tinkerem.

Często, niemalże zawsze, rozwodzę się nad kreacjami bohaterów. Nad sposobem ich przedstawienia, wyglądem czy psychiką. Tym razem omijam ten zabieg, gdyż uważam, że jest zbędny. Bo jeżeli opiszę Wam trójkę głównych postaci, to nie dam im szansy osobistego zaprezentowania się. Nigdy nie poznacie ich od podszewki. Jedno jednak mogę rzec: pokochałam ich, znienawidziłam, by finalnie znów obdarzyć ich miłością.

Jednak czymś, co ewidentnie wzbudziło mój zachwyt, jest forma przekazu. Styl Amor Towles jest delikatny - mogłabym powiedzieć - jak sieć pająka. Jednocześnie dogłębny, a nawet surowy. Historia wydaje się nieprawdopodobna, będąc także bardzo wiarygodną, a to wszystko dzięki pisarce, która potrafiła bezbłędnie opisać niemal każdą scenę. Uwielbiam takie wyczucie do czytelnika, a niestety nie każdy autor je posiada. Szkoda, bo takie podejście to już połowa sukcesu.

Czy jest coś, co chciałabym jeszcze przekazać? Czym mogłabym zachęcić czytelników do przeczytania? Myślę, że nie. Dlaczego? Wybór tej książki zależy od osoby, jej mentalności, gustu. Moja recenzja nawet w połowie nie wyraża tego, co przeżyłam, żegnając się z bohaterami, z całą ich historią. Ostatnie zdanie powinno jednak wszystko wyjaśnić: dzięki takim książkom wiem, że czytanie ma sens.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


_______________________________
Po mam wrażenie kilku latach wróciła córka marnotrawna. To dlaczego opuściłam bloga na tak długi okres jest zawiłe i szkoda o tym pisać, ale ważne jest to dlaczego wróciłam.Brakowało mi tego.
Jeszcze żyję i nie mam zamiaru tak łatwo odpuścić, więc witajcie z powrotem!

4 komentarze: