niedziela, 15 grudnia 2013

"Ostatnia Spowiedź Tom II" - Nina Reichter

"Zwycięzcami w miłości są pokonani przez miłość. "

Pierwsza część trylogii niespodziewanie mnie zachwyciła. Jednak jak się wkrótce okazało nie byłam jedyną osobą. "Ostatnia spowiedź" wstrząsnęła blogosferą, sprawiła, że Polscy czytelnicy uwierzyli w rodowitą pisarkę. Lecz mimo zachwytu, dopiero przy drugim tomie naprawdę doceniłam Nine Reichter.


Bradin leży w szpitalu w ciężkim stanie. Jest nieświadomy, że Ally każdego dnia i każdej nocy przy nim czuwa. Dziewczyna nie radzi sobie z bezsilnością i bólem. Zaprzyjaźnia się z Tomem, bo widzi, że on także martwi się o brata i że oboje powinni się wspierać w trudnych chwilach. Bohaterka nie jest jednak w stanie dostrzec jakie uczucia targają młodym mężczyzną.

"Zaufanie. To cząstka duszy, którą oddajesz komuś w nadziei, że nadal pozostanie Twoja."

Od pierwszej strony czułam napięcie, dominujące wśród uczuć bohaterów. Początek książki był bardzo zachęcający, ponieważ już dawno chciałam poznać dalsze losy postaci i po takim wyczekiwaniu z czcią chłonęłam każde słowo. Po raz kolejny powieść Niny Reichter mnie oczarowała, zabrała do innego miejsca, pokazała nowe życie. Gdy doszłam do punktu kulminacyjnego wzruszyłam się, ale także naprawdę uwierzyłam w tę historię. Odnalazłam w niej cząstkę siebie samej. Myślę, że to dlatego realizm tej powieści tak mnie porwał. "Ostatnia spowiedź" ma w sobie coś nieprawdopodobnego - rockmen zakochany w prowizorycznie zwyczajnej dziewczynie, ale dzięki kreacji bohaterów, opowieść nie wydaje się być fikcyjna.
To nie zwykła powiastka, o której szybko się zapomina. Ta książka jest otoczona wrażliwą nutką erotyzmu: zadowala najbardziej wymagającego czytelnika, bo przedstawia historię prawdziwej, nieobliczalnej miłości, która może przydarzyć się każdemu z nas.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to przemiana Ally. Po wypadku dziewczyna wydoroślała, zaczęła inaczej spoglądać na pewne sprawy. Postać również bardzo związała się z Bradinem. Kiedy była daleko od swojego mężczyzny czuła ból, tęsknotę. Jednocześnie, stała się bardziej stanowcza i często dziewczynie udawało się zaskoczyć czytającego.

W tomie drugim zaczęłam także inaczej patrzeć na Toma, którego wcześniej nie darzyłam sympatią. Brat głównego bohatera, to kolejny przypadek, w którym zaszła zmiana. Swoim początkowym zachowaniem zwiódł czytelnika. Okazało się bowiem, że jest bardziej dojrzały niż mogłabym przypuszczać. Muszę przyznać, że jego przeciwieństwem jest Bradin. Chociaż to on był moim numerem jeden, zachowanie w drugiej części sprawiło, że zaczęłam widzieć w nim wady i stałam się mniej łaskawsza w ocenie jego osoby, gdy popełniał błąd. To jeden z tych bohaterów, na których się zawodzimy, nie w dużym stopniu, lecz niesmak pozostaje.

"A czy mówiłem Ci już, że oddychanie ma sens tylko wtedy, kiedy jesteś obok...?"

W mojej opinii nie powinno jeszcze zabraknąć podziwu dla Niny Reichter. Pisarka po raz kolejny opowiedziała historię, która zaczęła coś znaczyć w moim życiu.
Forma przekazu nie jest obojętna, a załadowana dawką emocji; dialogi są szczere i nieinfantylne, a całości dopełniają cudowne cytaty, w których często mogłam odnaleźć zalążek własnych myśli.

Cokolwiek napiszę obiektywnego czy subiektywnego nie będzie tak przekonywało do lektury jak ona sama. To książka przekraczająca każdą granicę i nie są to puste słowa. Momenty, w których musiałam podnieść głowę by pomyśleć nad danym fragmentem są idealnym przykładem inteligencji tej powieści. Jestem tylko jedną malutką osobą wśród tuzina innych wielkich postaci, jednak jeżeli mi zaufacie będziecie mogli przeżyć to co ja przy czytaniu "Ostatniej spowiedzi 2".


"Zabrakło ciepła rąk. Zastąpił je innym..."


Za książkę  serdecznie dziękuję:

wtorek, 24 września 2013

"Kroniki Ellie 2 Nieuleczalna" - John Marsden

„Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz”

Seria „Jutro” zdobyła moje serce i osiadła się w mojej pamięci. Jednak po skończeniu pierwszej części „Kronik Ellie” poczułam, że Marsden się wypalił i niczym mnie już nie zaskoczy. Długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnego tomu, obawiając się zawodu. Kiedy już się zdecydowałam, wystarczyła dosłownie jedna strona, bym nie mogła oderwać się od lektury. Ellie nadal przeżywa tragiczną śmierć rodziców. Jest zajęta prowadzeniem gospodarstwa i opieką nad Gavinem. Rezygnuje z przyłączenia się do „Wyzwolenia”, jednak przypadkowo zostaje włączona do pewnego zdarzenia – akcji, która może zakończyć się niepowodzeniem, a nawet śmiercią jej najbliższych.
Życie miłosne Ellie również rozkwita. Coraz mniej myśli ona o Lee, a nawet zaczyna coś czuć do tajemniczego Jeremy’ego. Zastanawia się także, czy to on jest przywódcą „Wyzwolenia” – Szkarłatnym Pryszczem.


Narzekałam, że w pierwszej części mało się działo, nie potrafiła ona przyciągnąć czytelnika i w większości była nudna. Dużą różnicę w tej kwestii można poczuć w „Nieuleczalnej”. Fabuła rozkwita i dostarcza dobrych, mocnych wrażeń. A o nudzie nie ma mowy. Mimo że są sceny lepsze i gorsze, w miarę stoją na równym poziomie i nie ma nad nimi przepaści.
Ważnym aspektem w tej trylogii, a także sadze „Jutro”, jest akcja. Pełni rolę niemal najważniejszą. A w ”Nieuleczalnej” jej nie brakowało. Na początku była dawkowana, lecz kiedy się rozwinęła, wkręciła mnie na dobre.
Jak zawsze zachwyca świat przedstawiony przez Marsdena. Najpierw pokazał on czytelnikowi wojnę, w ”Kronikach” zaś życie po niej i prawdę – jej uczestnicy już nigdy nie będą tylko szczęśliwi i spokojni. John realnie to uzewnętrznia, nie zabarwia, i mimo że historia w „Jutrze” oraz „Kronikach” jest fikcyjna, nie znaczy to, że nie może zdarzyć się naprawdę. A czytelnik - taki jak ja – nie zważając na drobnostki,  pochłania całą powieść, wierząc w każde napisane słowo.


Istotne dla mnie są również emocje. „Wojna się skończyła, walka wciąż trwa” to książka, która zawiodła również w tym punkcie. Na wielkie szczęście fanów obu serii pisarz przypomniał sobie, że uczucia w powieści to jeden ze składników składających się na sukces. Dalej również przeważa zamartwianie się o Gavina i jego dobro, ale Ellie daje z siebie więcej - choćby nagłe polubienie Jeremy’ego. Jednak mimo tego w książce brakuje najważniejszego z uczuć: namiętności. Prawdziwego pożądania, które łączyło główną postać z Lee.

"Paradoks miłości polega na tym, że miłość rani i uzdrawia. Poprawia ci samopoczucie tylko po to, żeby je popsuć. Dajesz się jej porwać, choć wiesz, że cię zdradzi. A kolejnym paradoksem jest to, że dajesz się jej porwać jako jednostka, ale przez to od razu tracisz mnóstwo swojej indywidualności."


Największą niespodzianką, jaką sprawiła mi „Nieuleczalna”, było zwrócenie przyjaciółki. Postawa Ellie w poprzedniej części, mimo że trochę uzasadniona, była banalna, przewidywalna i nudna. Bohaterka nie miała ikry - tej, która towarzyszyła jej przez 7 części „Jutra”.
W tym tomie zaczęła odzyskiwać barwy, poczucie humoru, dzięki czemu jej przywiązanie do Gavina nie jest już tak męczące.
Chętniej czyta się o perypetiach odważnej Ellie, aniżeli tej, która co chwilę użala się nad sobą i narzeka, że wszystko jest nie takie, jakie być powinno.
Cieszyłam się także, że z życia głównej bohaterki nie zniknął Lee. Gdybym nie mogła przeczytać więcej o jego specyficznym charakterze, odwadze i sposobie bycia, lektura nie sprawiałaby mi takiej przyjemności.
„Kroniki 2″ zwracają czytelnikowi też delikatną i mądrą Fee oraz niezastąpionego Homera.
Spotkać możemy bohaterów z pierwszej części, mamy przyjemność poznać również nowe postaci, jednak nawet mimo wręcz dogłębnych opisów nie potrafiłam się z nimi zjednoczyć.


Największą zaletą tej lektury jest pisarz, a dokładniej jego styl. Wykreowanie historii od A do Z w najdrobniejszych szczegółach, precyzyjnie - to coś, czego nie potrafi zbyt wielu autorów. John Marsden jest jednym z nielicznych. Swoją wyobraźnią zachęca do sięgnięcia po książkę, ale to wykonanie jest jednym z czynników, przez które nie można jej odłożyć.
Bardzo dobrze wychodzi mu także prowadzenie narracji pierwszoosobowej kobiecej. Nie czuć w tym sztuczności i przesadzenia.
Mimo że zwątpiłam w pisarza w poprzedniej części, zrozumiałam, że ot tak kunsztu pisarskiego nie można stracić.


Ostatnio żadna książka nie sprawiała mi dużej radości, wszystkie tylko męczyły i zanudzały. Myślałam już, że jestem nieuleczalna (!), gdy nagle trafiłam na moja perełkę. Tę jedną z wyjątkowych. „Kroniki” raczej nie dorównują 7-tomowemu „Jutru”, ale i tak są wspaniałą lekturą, dzięki której zaczęłam coś czuć. Już nie zmęczenie, ale strach, ból, miłość. Nie wyobrażam sobie innej rekomendacji niż: warto!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu






poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Dobre wychowanie" - Amor Towles

'Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa – jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka."


"Dobre wychowanie" zaczyna się wstępem, rozgrywającym się 32 lata po wydarzeniach opisanych w książce. Na samym początku poznajemy już Katey i możemy zauważyć, że skrywa jakąś tajemnicę z przeszłości.
To właśnie wprowadzenie sprawia, że czytanie lektury przychodzi z czystą przyjemnością i wielkim zaciekawieniem. Co zdarzyło się 32 lata temu w życiu na pozór normalnej kobiety?

Jest 1937 rok, Sylwester. Dwie przyjaciółki Katey i Eve zamierzają świętować nowy rok w klubie w Greenwich Village. Popijając dżin, zauważają przystojnego, dobrze ubranego mężczyznę, który wchodzi do baru. Zaciekawione postacią, w pewnym momencie nawiązują rozmowę.
Bogaty Tinker Grey okazuje się interesującym człowiekiem i już wkrótce wkracza w życie dziewczyn na długi okres. Trójka przyjaciół świetnie się razem bawi, aż do dnia, w którym dochodzi do niefortunnego, tragicznego wypadku.

"Dobre wychowanie" to książka nietypowa. Jest to powieść w stylu retro, dla fanów "Śniadania u Tiffany'ego" i "Wielkiego Gatsby'ego”, jednak muszę się przyznać, że obu klasyków nie czytałam. Co w takim razie skłoniło mnie do sięgnięcia po tę historię? To „coś". Gdy tylko przeczytałam recenzję na którymś z blogów, wiedziałam, że muszę ją mieć.
Kolejnym bardzo zachęcającym elementem okazał się niezwykły i tajemniczy wstęp, a dalej poszło już jak z płatka.
Z każdą przewracaną stroną czułam większy pociąg do tej powieści. Im dalej brnęłam, tym bardziej mnie oczarowywała.
Posiada w sobie bowiem niezwykłą moc. Fabuła jest pięknie, żywo skonstruowana, przemyślana i ciekawa. Zdarzały się momenty, że czytałam książkę ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dialogi bawiły, a także coś przekazywały. Nie były puste i monotonne.
Zaskoczył mnie również obraz XX wieku. Zabawa, szaleństwo, bogactwo coraz mocniej mnie pochłaniały. Byłam tam! Byłam w Nowym Jorku razem z Katey, Eve i Tinkerem.

Często, niemalże zawsze, rozwodzę się nad kreacjami bohaterów. Nad sposobem ich przedstawienia, wyglądem czy psychiką. Tym razem omijam ten zabieg, gdyż uważam, że jest zbędny. Bo jeżeli opiszę Wam trójkę głównych postaci, to nie dam im szansy osobistego zaprezentowania się. Nigdy nie poznacie ich od podszewki. Jedno jednak mogę rzec: pokochałam ich, znienawidziłam, by finalnie znów obdarzyć ich miłością.

Jednak czymś, co ewidentnie wzbudziło mój zachwyt, jest forma przekazu. Styl Amor Towles jest delikatny - mogłabym powiedzieć - jak sieć pająka. Jednocześnie dogłębny, a nawet surowy. Historia wydaje się nieprawdopodobna, będąc także bardzo wiarygodną, a to wszystko dzięki pisarce, która potrafiła bezbłędnie opisać niemal każdą scenę. Uwielbiam takie wyczucie do czytelnika, a niestety nie każdy autor je posiada. Szkoda, bo takie podejście to już połowa sukcesu.

Czy jest coś, co chciałabym jeszcze przekazać? Czym mogłabym zachęcić czytelników do przeczytania? Myślę, że nie. Dlaczego? Wybór tej książki zależy od osoby, jej mentalności, gustu. Moja recenzja nawet w połowie nie wyraża tego, co przeżyłam, żegnając się z bohaterami, z całą ich historią. Ostatnie zdanie powinno jednak wszystko wyjaśnić: dzięki takim książkom wiem, że czytanie ma sens.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


_______________________________
Po mam wrażenie kilku latach wróciła córka marnotrawna. To dlaczego opuściłam bloga na tak długi okres jest zawiłe i szkoda o tym pisać, ale ważne jest to dlaczego wróciłam.Brakowało mi tego.
Jeszcze żyję i nie mam zamiaru tak łatwo odpuścić, więc witajcie z powrotem!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

"Requiem" - Lauren Oliver


SPOILERY Z POPRZEDNICH CZĘŚCI.
Nie wiem od czego powinnam zacząć. Nie wiem nawet co chcę zawrzeć w tej opinii. Uczucia? Ból? Radość? Na „Requiem” czekałam od października. Naprawdę mocno wyczekiwałam tej książki, a gdy zaczęłam czytać spotkało mnie to..

Lena dalej mieszka w Głuszy, tym razem są z nią nie tylko Odmieńcy, ale także Julian. Dziewczyna po wydarzeniach opisanych na ostatnich kartach „Pandemonium” odsuwa ukochanego nie mogąc zapomnieć o Aleksie. O Aleksie, który jest tak blisko niej. O chłopaku, dzięki któremu poznała miłość. Aleks jednak zmienił się od czasu ich poprzedniego spotkania. Jak zakończyła się ich historia?

Pierwszym co muszę przyznać jest to, że na początku lektury się nudziłam. Irytowało mnie zachowanie bohaterów, ale także brak emocji, których w poprzednich tomach było multum.

Akcja była nijaka; nic ciekawego się nie działo. Nie poddawałam się jednak, przebrnęłam kilkadziesiąt stron i zatonęłam. Czułam się tak jakbym zasnęła na kilka godzin. Fabuła się niesamowicie rozkręciła, a ja zaczęłam dostrzegać uczucia i emocje. Ogarnęła mnie melancholia i smutek, jakby wszystko wróciło na swoje tory. Od tego czasu nie mogłam już książki odłożyć, zostałam wchłonięta do świata stworzonego przez Oliver.

„Doskonałość jest obietnicą, a zarazem potwierdzeniem, że nasza droga jest słuszna.”

Początkowo główna bohaterka denerwowała mnie swoim niezdecydowaniem i wątpliwościami. Była przedstawiona inaczej niż w poprzednich tomach; jakby pisarka nie poświęciła jej uwagi. Po pewnym czasie swoim uporem i determinacją zaczęła przejawiać się w niej dawna Lena. Lena, która musiała patrzeć na chłopaka, którego już dawno uznała za zmarłego. Bardzo przy tym cierpiała i jej ból udzielał się także mnie. Sam Alex stał się oschły i widać było, że zaszły w nim zmiany. Swoim zachowaniem intrygował i sprawiał, że chciałam więcej jego występów. Przeszkodą był jednak Julian. Nieszczególnie zdobył moje serce w drugiej części i tym razem było podobnie. Cień sympatii poczułam do niego pod koniec „Requiem”, kiedy przestał być ciągle tym biednym i poszkodowanym chłopcem, a zrozumiał czym jest Głusza i walka. Przez całą książkę męczyła mnie niewiedza związana z tym trójkątem. Trójkątem bardzo zgrabnym jak na literaturę młodzieżową.

„To właśnie robią ludzie w tym chaotycznym świecie, świecie wolności i wyboru: odchodzą, kiedy chcą. Znikają, wracają, potem znowu znikają. A ty zostajesz z tym sam i musisz się jakoś pozbierać.”

Lauren Oliver przedstawia Nam czytelnikom tak piękną historię, że nie da się o niej zapomnieć. Pióro pisarki niezwykle przemawia do ludzkiego serca. Autorka w ostatniej części przywróciła Hanę i pokazała jak wygląda życie po zabiegu. Dobrze było porównać sobie zachowanie Leny i jej byłej przyjaciółki. Konfrontacja obu dziewczyn była nieprzewidywalna i niemal bolesna, a zakończenie wątku z Haną smutne. Finał powieści pozostawił po sobie niedosyt, ale sprawił również, że nie potrafiłam powstrzymać napływających łez. Ciężko zrozumieć, że TO już koniec.

Myślę, że zawarłam już wszystko co potrafiłam opisać. Wiem jednak także, że by zrozumieć genezę tej trylogii trzeba ją po prostu przeczytać. Żadna recenzja, opinia, ani komentarz nie odda tego co pokazała Lauren Oliver. Dziękuję.

Za książkę serdecznie  dziękuję

sobota, 30 marca 2013

"Kiedyś wszystko sobie opowiemy" - Daniela Krien


"War­to jest kochać za­kaza­ny owoc, dla sa­mego choć pos­ma­ku miłości."


Historia książki Kiedyś wszystko sobie opowiemy rozpoczyna się gorącego lata. Główna bohaterka, szesnastoletnia Maria mieszka u rodziny swojego chłopaka, Johannesa. Prowadzą dosyć spokojne życie w gospodarstwie. Dziewczyna nie jest zbyt pracowita, nie uczęszcza także do szkoły, jednak namiętnie zaczytuje się w powieściach. W pewnym momencie na swojej drodze spotyka czterdziestoletniego mężczyznę z sąsiedztwa. Od tego momentu następuje prawdziwy początek.

Pierwsze wydarzenia to tak naprawdę opis wsi i dotychczasowego życia bohaterki. Czytelnikowi zostaje przybliżony jej związek z Johannesem. Dziewczyna jednak trafia na duża barierę w swoim szczęśliwym życiu. Nie układają jej się relacje z ojcem, a dodatkowo porzuca szkołę. Jednak górą lodową tych zdarzeń zostaje romans z sąsiadem. Cała akcja książki zaczyna opierać się na ich relacji.

Z kart powieści można wyczuć różne emocje: przez zwątpienie, nadzieję aż po miłość. Miłość namiętną, zakazaną, brutalną i piękną. W pewnej chwili wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Uczucia zaczęły na mnie oddziaływać, nie mogłam odłożyć książki, bo chciałam wiedzieć co u Hennera i Marii. Historia ma dla mnie już wymiar prywatny. Dostarcza doznań o jakich ciężko zapomnieć. Bohaterowie choć stworzeni niebywale prosto, sprawiają, że chce się ich poznać bliżej.

Najbardziej tajemniczą postacią jest Henner. Mimo wieku, przystojny mężczyzna posiadający wiele oblicz. Najbardziej widoczną jest namiętność do Marii. Ta z kolei jest nieschematyczną kobiecą postacią. Chociaż bardzo młoda nie jest przykładną uczennicą, nie zależy jej na nauce, zasmakowuje życia. Pokazuje także swoją dojrzałość i nieprzewidywalność. Uczucia odkrywa tylko przed jednym człowiekiem. Johannes za to, obecny chłopak bohaterki, też bardzo młody, mimo miłości do Marii gdzieś po drodze gubi namiętność, a zastępuje ją pasją do fotografowania.

"Kiedyś wszyscy zmartwychwstaniemy, znowu się spotkamy i wszystko sobie opowiemy. Naprawdę wszystko."

Najlepszym tematem do dyskusji może być jednak styl niemieckiej pisarki. Gdy zaczęłam czytać, nie spodziewałam się niczego dobrego przez proste słowa jakimi uraczyła mnie Daniela Krien. Z każdą stroną okazywało się jednak, że prostota jest najsilniejszą stroną tej książki. Autorka przekazała niezbędną treść nienadużywając niepotrzebnych słów. Pisarka użyła narracji pierwszoosobowej, która bardzo dużo przekazuje. Dzięki niej można utożsamić się  z uczuciami głównej postaci. Wszystko czym Maria się kierowała, przestało mnie dziwić. Dopingowałam ją z całego serca.

Na największe uznanie zasługuje jednak wydanie powieści. Do jej przeczytania zachęca wszystko, od okładki, która jest magiczna i oddaje całą treść, a nawet po tytuł; piękny i tajemniczy. Sama książka jest niezbyt wielka, za to posiada duże litery, dzięki którym szybko się ją czyta. Na szczęście naszych oczu nie rażą błędy, bo korekta wydawnicza również sprawiła się znakomicie.

Na mojej drodze stanęła nietypowa lektura, posiadająca zachwycającą okładkę i ciekawy tytuł. Opis wskazywał na całkiem inną opowieść. Dziwną i ekstrawagancką, bo czymże jest dla nas związek czterdziestolatka i szesnastolatki? Zaskoczenie było tym większe, gdy przewracałam kartkę na za kartką. Na szczęście okazało się, że jak coś jest przedstawione przez właściwą osobę, to potrafi wzbudzić wiele pozytywnych emocji. Niemal wszystko w tej książce sprawia, że jest ona skazana na sukces. Sukces inny niż zwykle.

Kiedyś wszystko sobie opowiemy to niebanalna powieść o miłości, jakiej pragnie chyba każdy z nas. Z jednej strony chciałabym tę książkę schować i nikomu nie pokazywać. Jest moja, osobista. Z drugiej zaś wielkim szczęściem byłoby, gdyby inni ludzi poznali tę historię. Ona na to zasługuje.

Recenzja książki: Kiedyś wszystko sobie opowiemy

Recenzja napisana dla portalu:

sobota, 16 marca 2013

STOSIK!

Jakość może nie będzie zbyt dobra, ale mam nowy aparat, na którym kompletnie się nie znam i nie umiałam nic ustawić. Niemniej przedstawiam po roku czasu  pomieszany stosik!

Od góry:

  • Madeleine i czterech jeźdźców apokalipsy - Jarosław Zaniewski - od Wyd. Novae Res - recenzja
  • Geneza - Jessica Khoury - prezent walentynkowy <3 - recenzja
  • Kroniki Ellie - John Marsden - zakup własny - recenzja
  • Wybrani - C.J. Daugherty - od Wyd. Otwarte/Moondrive - recenzja
  • Ciemnorodni - Alison Sinclair - od Wyd. Bellona
  • Zmierzch Orła oraz Cena Purpury - Frank S.Becker - od Wyd. M





  • The Walking Dead Narodziny Gubernatora oraz Droga do Woodbury - R. Kirkman & J. Bonansinga - od Wyd. SQN
  • Zaginiona Dziewczyna - Gillian Flynn - od Wyd. G+J
  • Dobry początek - David Nicholls - od Wyd. Wielka Litera
  • Tak to się kończy - Kathleen MacMahon - prezent na Dzień Kobiet <3
  • Wyznania Katarzyny Medycejskiej - C.W. Gortner - od Szuflady <3





  • Delikatność - Dawid Foenkinos -  z wymiany na LC
  • Krawędzie - Kamil Hazy - od Wyd. Novae Res
  • Krwawa Magia. Powrót do Cerrun - Grzegorz Puda - jak wyżej
  • Kiedy byłeś mój - Rebecca Serle - od Wyd. Literackie
  • Requiem - Lauren Oliver - od Wyd. Otwarte/Moondrive <3
  • Moja cesarzowa - Da Chen - od Wyd. Wielka Litera




Wszystko takie pomieszane, ale i tak cieszy moje oko. Czytaliście coś? Polecacie?

sobota, 9 marca 2013

"Kroniki Ellie" - John Marsden


7 - tomowa seria "Jutro" zdobyła sobie serca czytelników na całym świecie, w tym także i moje. Saga była bowiem pełna akcji, sensacji, z dobrą dawką romansu i humoru, a czytanie jej wywoływało często skrajne emocje.
"Jutro" doczekało się sequela w postaci "Kronik Ellie". Ta druga książka została napisana 4 lata później i chociaż powiązana z pierwszą, ukazuje całkowicie inną historię.

Od zakończenia wojny minęły 4 miesiące. Ellie Linton w tym czasie zaczyna przyzwyczajać się do nowego, spokojnego życia z rodziną. Jej sielankę przerywa strzelanina, do której dochodzi gdy dziewczyna jest z dala od domu. Miejsce ma napad, w którym giną jej rodzice. Tym samym zaczyna się walka o jej własny byt. Na Ellie spoczywa jednak kolejny obowiązek. Chłopiec, którego rodzice dziewczyny adoptowali po wojnie: Gavin. Jak potoczą się dalsze losy bohaterki?

Bardzo mocnym atutem w "Jutrze" była wszechobecna akcja. Tego samego spodziewałam się więc w "Kronikach". Niestety mimo mocnego początku, kolejne sto stron przybliżyło mi tylko nudne życie na farmie i opiekę nad 11-letnim chłopcem.
Spodziewałam się także rozdzierającego serce romansu, który również miał miejsce w poprzedniej serii. Tu zawiodłam się po raz drugi. Opis zapowiadał ciekawe sceny z Lee i Ellie w roli głównej, okazał się jednak dla mnie mylący, co działa na niekorzyść lektury.
Na szczęście powieść Johna Marsdena nie zawiera tylko licznych wad. Wielkim plusem był spór Ellie z prawnikiem, który został rozwiązany po mistrzowsku.
Niestety fabułę w tych dwóch powiązanych ze sobą seriach dzieli ogromna przepaść.

W "Kronikach" spotykamy się z bohaterami poznanymi już wcześniej, ale zawieramy także nowe znajomości.
Największą przemianę możemy dostrzec u Ellie, która to zmieniała się już z każdym tomem "Jutra". Wtedy mimo słabszych dni i tragicznych zdarzeń pozostawała silna i dynamiczna. Tym razem była prawie wypruta z emocji, zniszczona przez życie. Jej poczucie humoru zniknęło zupełnie, a zastąpiła je potrzeba opieki nad Gavinem.
Co do samego zainteresowanego, denerwował on swoim zachowaniem i wiecznym oburzeniem. Zachowywał się jak rozpuszczone dziecko, chociaż momentami miał przebłyski i pomagał dziewczynie opiekować się domem.
Pozostaje jeszcze kwestia Lee, Homera, Kevina i Fi, którzy razem z główną bohaterką przeżyli wojnę.
Kevin nie pojawił się w ogóle, a pozostała trójka występowała tylko epizodycznie. Ich w tej powieści brakowało najbardziej. Siły przyjaźni, która ich łączyła, oraz ostrych kłótni czy zabawnych momentów.

Johna Marsdena bardzo chwaliłam za wyczucie do czytelnika. Pisarz imponował mi swoim stylem, swoimi opowieściami zawierającymi mnóstwo uczuć. Jednak w "Kronikach" przy języku napotkałam opór. Narratorka, którą jest Ellie przechodzi tak wielką zmianę, że jej przygody nie rozśmieszały mnie, a nawet się nimi nie przejmowałam. Brakowało mi tego "wow", czym Marsden często mnie zachwycał.

Dlaczego wymieniłam prawie same błędy, mankamenty? Zawiodłam się. To co przeżyłam w "Jutrze" zostanie ze mną na zawsze, a w "Kronikach" minęło bezpowrotnie.
Nie podoba mi się sposób w jaki autor rozwiązał kilka sytuacji, nie oczekuję również kolejnej części tak jak czekałam na tę.
Książka ta jednak nie jest beznadziejna. Jest na dobrym poziomie czytelniczym, tylko ja spodziewałam się po niej o stokroć więcej.