środa, 8 stycznia 2014

"Uprowadzona" - Lucy Christopher


"Ukradłeś mnie"

Są takie pozycje na rynku wydawniczym, które potrafią nieźle zaskakiwać po błędnie odebranym pierwszym wrażeniu. Niestety idąc tym szlakiem spotykamy również te, po których oczekujemy jak się wkrótce okazuje zbyt wiele.

Moja przygoda z "Uprowadzoną" ma głębszą genezę. Po obejrzeniu dwóch emocjonujących filmów; francuskiego "A moi seule" oraz historii opartej na faktach "3096 dni" zaczęłam bliżej interesować się zjawiskiem syndromu sztokholmskiego i relacją porywacz-ofiara. Tym samym gdy dostałam powieść Lucy Christopher w ręce, z wcześniej wspomnianą obawą nie zwlekałam z czytaniem.

"Zobaczyłeś mnie, zanim ja zauważyłam ciebie."

Gemma wylądowała na lotnisku w Bangkoku. Chcąc zabić czas wybrała się po kawę, kiedy podszedł do niej nieznajomy mężczyzna. Zapłacił za ciepły napój dziewczyny i od początku kierował rozmowę w kierunku jej życia prywatnego. Bohaterka odpowiadając na pytania nie mogła jednak wiedzieć, że starszy chłopak to wszystko dawno już wie.

"- No więc jak tam jest? W Australii?
Uśmiechnąłeś się wtedy, cała twoja twarz się przy tym zmieniła. Jakby się rozpromieniła, jakby z wewnątrz ciebie zaświeciły promienie słońca.
- Zobaczysz - odpowiedziałeś."

Jak już zdążyłam wtrącić, do książki przywołał mnie temat. Wszak nie spodziewałam się tak głębokiego wdrożenia w sytuację. Od początku zalała mnie fala oszołomienia, a zdziwieniem było jak ta historia gra na emocjach. Zostałam zmanipulowana, obiektywizm pozostawiając gdzieś daleko za sobą.

"Tej nocy czuwałam z tępym nożem w dłoni i latarnią przy głowie. Zasłony były rozsunięte, światło księżyca padało na drzwi. Jednego byłam pewna - niczego mi nie zrobisz bez walki."

Mocnym atutem powieści jest miejsce akcji. Wiele razy podkreślony został pobyt postaci w Australii - kontynencie, którego każdym aspektem jestem zauroczona, a więc czytanie o nim jeszcze szerzej pobudziło moje zmysły.
Co jednak składa się na wyjątkowość "Uprowadzonej" to informacje wpływające na psychikę czytającego. Z jednej strony bowiem widzimy sytuację, którą możemy uznać za nienormalną, łamiącą zasady społeczne, z drugiej perspektywy zaś dostrzeżemy piękno, oczarowanie i niezwykłość.

Na dobro lektury niewątpliwie wpłynął także obraz porywacza. Nasza znajomość zaczęła się dość niefortunnie, ponieważ nie potrafiłam zrozumieć jego postępowania. Z czasem odkrywając nowsze karty i poznając osobistą historię bohatera stworzyłam sobie obraz psychologiczny Tylera i łatwiej przyszło mi oswajanie się z jego nawykami.
Bądź co bądź strukturalną, trzymającą pieczę nad wydarzeniami osobliwością jest Gemma. Wykreowana jako typ silnej kobiecej sylwetki z własnym stanowiskiem i nie dającym o sobie zapomnieć uporem.

"- Nie dotykaj nie - warknęłam. 
Odsunąłeś się.
- Wiem kim jesteś, Gem."

Natomiast tym co warto podkreślić jest forma, w jakiej książka została napisana. W ręce trzymałam list ofiary do swojego kidnapera. Patrząc na ten styl, a  także wzruszające dialogi mogę ocenić pióro Christopher. Pisarka pomogła mi dostrzec głęboki sens w pojedynczych słowach, uświadomiła mi jak ulotne są chwile i jak można uwiecznić w umyśle błahe sprawy, o które potykamy się każdego dnia.
"Uprowadzona" plasuje się wśród kontrowersyjnych dzieł, które albo się kocha, albo nienawidzi. Jedno jest pewne - to lektura obowiązkowa.

"Nie mogę cię uratować w taki sposób, w jaki byś chciał. Ale mogę ci powiedzieć co czuję. To niewiele. Ale może to da ci szansę."

wtorek, 24 grudnia 2013

Święta za rogiem!

Z okazji Wigilii oraz Świąt Bożego Narodzenia chciałabym złożyć Wszystkim serdeczne życzenia. Przede wszystkim życzę, aby uśmiech nie schodził z Waszych twarzy i by każda drobnostka potrafiła być przez Was doceniana, a smutki odegnane na bok. Życzę również dużo zdrowia i energii na poświęcane czyny. Aby Wasze marzenia, plany, ambicje doczekały się spełnienia, a wokół Was byli tylko wartościowi i pełni zaufania ludzie.
Wielkimi krokami zbliża się także Sylwester, a niedługo powitamy Nowy Rok. Korzystając z okazji w 2014 roku życzę Wam dużo cierpliwości, spokoju ducha, ale także by każdy kolejny dzień zakończony był zadowoleniem i uśmiechem.

środa, 18 grudnia 2013

"Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie" - John O'Farrell

"Kobiety żyją wspomnieniami, mężczyźni tym, co zapomnieli"


Vaughan jedzie metrem, kiedy spostrzega, że nie wie, kim jest i dokąd zmierza. Trafia do szpitala, w którym zostaje oznaczony jako „nieznajomy biały mężczyzna”. Przypadkowo w rozmowie z nowym i jedynym w tym czasie znajomym przypomina sobie numer do niejakiego Gary’ego. Od tego momentu zaczyna się jego nowe życie, w którym próbuje uzyskać informacje o własnej tożsamości.

Muszę przyznać, że jestem zagorzałą przeciwniczką komedii w każdej formie, a jak informacja na okładce wskazuje, recenzowany utwór powinien być przypisany do tego właśnie gatunku. Coś mnie jednak do powieści przyciągnęło, czemu nie mogłam być obojętna. Niewątpliwie czynnikiem zachęcającym był intrygujący tytuł, ale to przeczytanie opisu skłoniło mnie do skonsumowania lektury.

Jak na komedię przystało, historia okazała się być okalana w zabawne treści oraz dialogi. Nie były one jednak sztampowe, jak sobie na początku wyobrażałam, a autentycznie śmieszne.


– Proszę podać swoje pełne imię i nazwisko.
– Och, moje pełne imię i nazwisko? – jąkałem się. – To znaczy ze wszystkimi imionami?


Żeby nie przesadzić z sielanką, w wesołej powieści przydarzyło się coś przygnębiającego. Tutaj możemy za takie wydarzenie uznać utratę pamięci przez głównego bohatera, ale chociaż to motor napędowy historii, nie był bynajmniej zły. Czytelnik miał okazję zobaczyć sytuacje, które w dużej mierze przyczyniły się do tego, by komedia była także przejmująca i wzruszająca.

Przed obrazem staje rozpadające się małżeństwo, problemy z alkoholem czy śmiertelna choroba bliskiego członka rodziny. Chociaż sam przypadek „zapomnienia” może być dla nas daleki, to komplikacje życia codziennego sprawiły, że książka stała się lekturą realną, a przeciętny czytający mógł utożsamić się z bohaterami.


– Moja utrata pamięci może być najlepszą rzeczą, jaka nam się przytrafiła!
– Rany boskie, Vaughan, jedną z rzeczy, które doprowadzały mnie do szału, było to, że zapominałeś o wszystkim, co ci mówiłam.


Ich samych za to nie sposób nie lubić. Są nie tylko charyzmatyczni i zabawni, ale także szczerzy wobec innych. Czasami nasza grupka bohaterów stwarzała złudną iluzję otaczającego świata, patrzyli na rzeczywistość z jednej, własnej perspektywy, przez co zdarzało im się popełniać błędy. Ale to na nich człowiek się uczy, fikcyjne postaci również – czego mogłam być świadkiem. Na największą sympatię zasłużył Gary – genialny umysł z głupkowatymi pomysłami. Nie sposób było jednak nie zwrócić uwagi na jego olśniewającą żonę Lindę, sprawującą piast tej „lepszej” połówki w ich związku.


– Och, to takie romantyczne! – powiedziała Linda w widocznej ciąży. – Może my się rozwiedziemy?
                  

Mniej sympatycznie w początkowej fazie wypadła Maddy, żona głównego bohatera, która na wstępie sprawiała wrażenie samolubnej. Niedługo, lepiej ją poznawszy, stanęłam za Madeleine murem.

Należy zaliczyć do pozytywów to, że Vaughan był bardzo wyrazistą postacią i jego przemyślenia nie działały nużąco, a wręcz pobudzająco, ponadto historia z zanikiem pamięci nie wydawała się naciągana, tylko rzeczywista.

Mnie jako kobiecie czasami ciężko czytać książki, których narratorem pierwszoosobowym jest mężczyzna, bo aż nazbyt często nie zgadzam się z jego nawykiem myślowym. Tym razem całkiem porzuciłam tę kwestię i bez oporu wdrożyłam się w refleksje Vaughana. Zawdzięczać to mogę zapewne lekkiemu piórze pisarza, który wyczarował i dobry pisarsko, i interesujący czytelnika tekst. Przedstawienie historii w sposób, w jaki dokonał John O’Farrell, jest strzałem w dziesiątkę. Wspomniane przeze mnie dialogi są inteligentne, ale także bawią, dzięki czemu czas przy lekturze pędzi nieubłaganie. Autorowi można także zazdrościć niekonwencjonalnego pomysłu, który stanowi część składającą się na sukces.

Przy kolejnym fragmencie chciałabym odstąpić od chwalenia pisarza, a pogratulować wydawnictwu Sonia Draga. Dosłowne przetłumaczenie tytułu, świetna zachęcająca okładka, dobra korekta tekstu to punkty, które podwyższają zaufanie czytelnika do tegoż wydawnictwa.


„Mężczyzny, który zapomniał o swojej żonie” nie można nazwać wybitnym, powalającym na kolana arcydziełem. Jednak nie jest to również zwykła powiastka. Mogłam się w tej lekturze doszukać skruchy, odwagi; poczułam, czym jest samotność i niezrozumienie; bałam się, wątpiłam, ale też wybuchałam salwami śmiechu. To nie historia o niczym, to historia o ludziach. Ja jej zaufałam i nie żałuję. Co zrobisz Ty?


Za możliwość zrecenzowania dziękuję:
LITERATURA JUVENTUM



niedziela, 15 grudnia 2013

"Ostatnia Spowiedź Tom II" - Nina Reichter

"Zwycięzcami w miłości są pokonani przez miłość. "

Pierwsza część trylogii niespodziewanie mnie zachwyciła. Jednak jak się wkrótce okazało nie byłam jedyną osobą. "Ostatnia spowiedź" wstrząsnęła blogosferą, sprawiła, że Polscy czytelnicy uwierzyli w rodowitą pisarkę. Lecz mimo zachwytu, dopiero przy drugim tomie naprawdę doceniłam Nine Reichter.


Bradin leży w szpitalu w ciężkim stanie. Jest nieświadomy, że Ally każdego dnia i każdej nocy przy nim czuwa. Dziewczyna nie radzi sobie z bezsilnością i bólem. Zaprzyjaźnia się z Tomem, bo widzi, że on także martwi się o brata i że oboje powinni się wspierać w trudnych chwilach. Bohaterka nie jest jednak w stanie dostrzec jakie uczucia targają młodym mężczyzną.

"Zaufanie. To cząstka duszy, którą oddajesz komuś w nadziei, że nadal pozostanie Twoja."

Od pierwszej strony czułam napięcie, dominujące wśród uczuć bohaterów. Początek książki był bardzo zachęcający, ponieważ już dawno chciałam poznać dalsze losy postaci i po takim wyczekiwaniu z czcią chłonęłam każde słowo. Po raz kolejny powieść Niny Reichter mnie oczarowała, zabrała do innego miejsca, pokazała nowe życie. Gdy doszłam do punktu kulminacyjnego wzruszyłam się, ale także naprawdę uwierzyłam w tę historię. Odnalazłam w niej cząstkę siebie samej. Myślę, że to dlatego realizm tej powieści tak mnie porwał. "Ostatnia spowiedź" ma w sobie coś nieprawdopodobnego - rockmen zakochany w prowizorycznie zwyczajnej dziewczynie, ale dzięki kreacji bohaterów, opowieść nie wydaje się być fikcyjna.
To nie zwykła powiastka, o której szybko się zapomina. Ta książka jest otoczona wrażliwą nutką erotyzmu: zadowala najbardziej wymagającego czytelnika, bo przedstawia historię prawdziwej, nieobliczalnej miłości, która może przydarzyć się każdemu z nas.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to przemiana Ally. Po wypadku dziewczyna wydoroślała, zaczęła inaczej spoglądać na pewne sprawy. Postać również bardzo związała się z Bradinem. Kiedy była daleko od swojego mężczyzny czuła ból, tęsknotę. Jednocześnie, stała się bardziej stanowcza i często dziewczynie udawało się zaskoczyć czytającego.

W tomie drugim zaczęłam także inaczej patrzeć na Toma, którego wcześniej nie darzyłam sympatią. Brat głównego bohatera, to kolejny przypadek, w którym zaszła zmiana. Swoim początkowym zachowaniem zwiódł czytelnika. Okazało się bowiem, że jest bardziej dojrzały niż mogłabym przypuszczać. Muszę przyznać, że jego przeciwieństwem jest Bradin. Chociaż to on był moim numerem jeden, zachowanie w drugiej części sprawiło, że zaczęłam widzieć w nim wady i stałam się mniej łaskawsza w ocenie jego osoby, gdy popełniał błąd. To jeden z tych bohaterów, na których się zawodzimy, nie w dużym stopniu, lecz niesmak pozostaje.

"A czy mówiłem Ci już, że oddychanie ma sens tylko wtedy, kiedy jesteś obok...?"

W mojej opinii nie powinno jeszcze zabraknąć podziwu dla Niny Reichter. Pisarka po raz kolejny opowiedziała historię, która zaczęła coś znaczyć w moim życiu.
Forma przekazu nie jest obojętna, a załadowana dawką emocji; dialogi są szczere i nieinfantylne, a całości dopełniają cudowne cytaty, w których często mogłam odnaleźć zalążek własnych myśli.

Cokolwiek napiszę obiektywnego czy subiektywnego nie będzie tak przekonywało do lektury jak ona sama. To książka przekraczająca każdą granicę i nie są to puste słowa. Momenty, w których musiałam podnieść głowę by pomyśleć nad danym fragmentem są idealnym przykładem inteligencji tej powieści. Jestem tylko jedną malutką osobą wśród tuzina innych wielkich postaci, jednak jeżeli mi zaufacie będziecie mogli przeżyć to co ja przy czytaniu "Ostatniej spowiedzi 2".


"Zabrakło ciepła rąk. Zastąpił je innym..."


Za książkę  serdecznie dziękuję:

wtorek, 24 września 2013

"Kroniki Ellie 2 Nieuleczalna" - John Marsden

„Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz”

Seria „Jutro” zdobyła moje serce i osiadła się w mojej pamięci. Jednak po skończeniu pierwszej części „Kronik Ellie” poczułam, że Marsden się wypalił i niczym mnie już nie zaskoczy. Długo zwlekałam z przeczytaniem kolejnego tomu, obawiając się zawodu. Kiedy już się zdecydowałam, wystarczyła dosłownie jedna strona, bym nie mogła oderwać się od lektury. Ellie nadal przeżywa tragiczną śmierć rodziców. Jest zajęta prowadzeniem gospodarstwa i opieką nad Gavinem. Rezygnuje z przyłączenia się do „Wyzwolenia”, jednak przypadkowo zostaje włączona do pewnego zdarzenia – akcji, która może zakończyć się niepowodzeniem, a nawet śmiercią jej najbliższych.
Życie miłosne Ellie również rozkwita. Coraz mniej myśli ona o Lee, a nawet zaczyna coś czuć do tajemniczego Jeremy’ego. Zastanawia się także, czy to on jest przywódcą „Wyzwolenia” – Szkarłatnym Pryszczem.


Narzekałam, że w pierwszej części mało się działo, nie potrafiła ona przyciągnąć czytelnika i w większości była nudna. Dużą różnicę w tej kwestii można poczuć w „Nieuleczalnej”. Fabuła rozkwita i dostarcza dobrych, mocnych wrażeń. A o nudzie nie ma mowy. Mimo że są sceny lepsze i gorsze, w miarę stoją na równym poziomie i nie ma nad nimi przepaści.
Ważnym aspektem w tej trylogii, a także sadze „Jutro”, jest akcja. Pełni rolę niemal najważniejszą. A w ”Nieuleczalnej” jej nie brakowało. Na początku była dawkowana, lecz kiedy się rozwinęła, wkręciła mnie na dobre.
Jak zawsze zachwyca świat przedstawiony przez Marsdena. Najpierw pokazał on czytelnikowi wojnę, w ”Kronikach” zaś życie po niej i prawdę – jej uczestnicy już nigdy nie będą tylko szczęśliwi i spokojni. John realnie to uzewnętrznia, nie zabarwia, i mimo że historia w „Jutrze” oraz „Kronikach” jest fikcyjna, nie znaczy to, że nie może zdarzyć się naprawdę. A czytelnik - taki jak ja – nie zważając na drobnostki,  pochłania całą powieść, wierząc w każde napisane słowo.


Istotne dla mnie są również emocje. „Wojna się skończyła, walka wciąż trwa” to książka, która zawiodła również w tym punkcie. Na wielkie szczęście fanów obu serii pisarz przypomniał sobie, że uczucia w powieści to jeden ze składników składających się na sukces. Dalej również przeważa zamartwianie się o Gavina i jego dobro, ale Ellie daje z siebie więcej - choćby nagłe polubienie Jeremy’ego. Jednak mimo tego w książce brakuje najważniejszego z uczuć: namiętności. Prawdziwego pożądania, które łączyło główną postać z Lee.

"Paradoks miłości polega na tym, że miłość rani i uzdrawia. Poprawia ci samopoczucie tylko po to, żeby je popsuć. Dajesz się jej porwać, choć wiesz, że cię zdradzi. A kolejnym paradoksem jest to, że dajesz się jej porwać jako jednostka, ale przez to od razu tracisz mnóstwo swojej indywidualności."


Największą niespodzianką, jaką sprawiła mi „Nieuleczalna”, było zwrócenie przyjaciółki. Postawa Ellie w poprzedniej części, mimo że trochę uzasadniona, była banalna, przewidywalna i nudna. Bohaterka nie miała ikry - tej, która towarzyszyła jej przez 7 części „Jutra”.
W tym tomie zaczęła odzyskiwać barwy, poczucie humoru, dzięki czemu jej przywiązanie do Gavina nie jest już tak męczące.
Chętniej czyta się o perypetiach odważnej Ellie, aniżeli tej, która co chwilę użala się nad sobą i narzeka, że wszystko jest nie takie, jakie być powinno.
Cieszyłam się także, że z życia głównej bohaterki nie zniknął Lee. Gdybym nie mogła przeczytać więcej o jego specyficznym charakterze, odwadze i sposobie bycia, lektura nie sprawiałaby mi takiej przyjemności.
„Kroniki 2″ zwracają czytelnikowi też delikatną i mądrą Fee oraz niezastąpionego Homera.
Spotkać możemy bohaterów z pierwszej części, mamy przyjemność poznać również nowe postaci, jednak nawet mimo wręcz dogłębnych opisów nie potrafiłam się z nimi zjednoczyć.


Największą zaletą tej lektury jest pisarz, a dokładniej jego styl. Wykreowanie historii od A do Z w najdrobniejszych szczegółach, precyzyjnie - to coś, czego nie potrafi zbyt wielu autorów. John Marsden jest jednym z nielicznych. Swoją wyobraźnią zachęca do sięgnięcia po książkę, ale to wykonanie jest jednym z czynników, przez które nie można jej odłożyć.
Bardzo dobrze wychodzi mu także prowadzenie narracji pierwszoosobowej kobiecej. Nie czuć w tym sztuczności i przesadzenia.
Mimo że zwątpiłam w pisarza w poprzedniej części, zrozumiałam, że ot tak kunsztu pisarskiego nie można stracić.


Ostatnio żadna książka nie sprawiała mi dużej radości, wszystkie tylko męczyły i zanudzały. Myślałam już, że jestem nieuleczalna (!), gdy nagle trafiłam na moja perełkę. Tę jedną z wyjątkowych. „Kroniki” raczej nie dorównują 7-tomowemu „Jutru”, ale i tak są wspaniałą lekturą, dzięki której zaczęłam coś czuć. Już nie zmęczenie, ale strach, ból, miłość. Nie wyobrażam sobie innej rekomendacji niż: warto!

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu






poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Dobre wychowanie" - Amor Towles

'Życie to brutalna, zapierająca dech w piersiach zabawa – jak skakanie ze spadochronem albo niebezpieczna górska wspinaczka."


"Dobre wychowanie" zaczyna się wstępem, rozgrywającym się 32 lata po wydarzeniach opisanych w książce. Na samym początku poznajemy już Katey i możemy zauważyć, że skrywa jakąś tajemnicę z przeszłości.
To właśnie wprowadzenie sprawia, że czytanie lektury przychodzi z czystą przyjemnością i wielkim zaciekawieniem. Co zdarzyło się 32 lata temu w życiu na pozór normalnej kobiety?

Jest 1937 rok, Sylwester. Dwie przyjaciółki Katey i Eve zamierzają świętować nowy rok w klubie w Greenwich Village. Popijając dżin, zauważają przystojnego, dobrze ubranego mężczyznę, który wchodzi do baru. Zaciekawione postacią, w pewnym momencie nawiązują rozmowę.
Bogaty Tinker Grey okazuje się interesującym człowiekiem i już wkrótce wkracza w życie dziewczyn na długi okres. Trójka przyjaciół świetnie się razem bawi, aż do dnia, w którym dochodzi do niefortunnego, tragicznego wypadku.

"Dobre wychowanie" to książka nietypowa. Jest to powieść w stylu retro, dla fanów "Śniadania u Tiffany'ego" i "Wielkiego Gatsby'ego”, jednak muszę się przyznać, że obu klasyków nie czytałam. Co w takim razie skłoniło mnie do sięgnięcia po tę historię? To „coś". Gdy tylko przeczytałam recenzję na którymś z blogów, wiedziałam, że muszę ją mieć.
Kolejnym bardzo zachęcającym elementem okazał się niezwykły i tajemniczy wstęp, a dalej poszło już jak z płatka.
Z każdą przewracaną stroną czułam większy pociąg do tej powieści. Im dalej brnęłam, tym bardziej mnie oczarowywała.
Posiada w sobie bowiem niezwykłą moc. Fabuła jest pięknie, żywo skonstruowana, przemyślana i ciekawa. Zdarzały się momenty, że czytałam książkę ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dialogi bawiły, a także coś przekazywały. Nie były puste i monotonne.
Zaskoczył mnie również obraz XX wieku. Zabawa, szaleństwo, bogactwo coraz mocniej mnie pochłaniały. Byłam tam! Byłam w Nowym Jorku razem z Katey, Eve i Tinkerem.

Często, niemalże zawsze, rozwodzę się nad kreacjami bohaterów. Nad sposobem ich przedstawienia, wyglądem czy psychiką. Tym razem omijam ten zabieg, gdyż uważam, że jest zbędny. Bo jeżeli opiszę Wam trójkę głównych postaci, to nie dam im szansy osobistego zaprezentowania się. Nigdy nie poznacie ich od podszewki. Jedno jednak mogę rzec: pokochałam ich, znienawidziłam, by finalnie znów obdarzyć ich miłością.

Jednak czymś, co ewidentnie wzbudziło mój zachwyt, jest forma przekazu. Styl Amor Towles jest delikatny - mogłabym powiedzieć - jak sieć pająka. Jednocześnie dogłębny, a nawet surowy. Historia wydaje się nieprawdopodobna, będąc także bardzo wiarygodną, a to wszystko dzięki pisarce, która potrafiła bezbłędnie opisać niemal każdą scenę. Uwielbiam takie wyczucie do czytelnika, a niestety nie każdy autor je posiada. Szkoda, bo takie podejście to już połowa sukcesu.

Czy jest coś, co chciałabym jeszcze przekazać? Czym mogłabym zachęcić czytelników do przeczytania? Myślę, że nie. Dlaczego? Wybór tej książki zależy od osoby, jej mentalności, gustu. Moja recenzja nawet w połowie nie wyraża tego, co przeżyłam, żegnając się z bohaterami, z całą ich historią. Ostatnie zdanie powinno jednak wszystko wyjaśnić: dzięki takim książkom wiem, że czytanie ma sens.


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu


_______________________________
Po mam wrażenie kilku latach wróciła córka marnotrawna. To dlaczego opuściłam bloga na tak długi okres jest zawiłe i szkoda o tym pisać, ale ważne jest to dlaczego wróciłam.Brakowało mi tego.
Jeszcze żyję i nie mam zamiaru tak łatwo odpuścić, więc witajcie z powrotem!

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

"Requiem" - Lauren Oliver


SPOILERY Z POPRZEDNICH CZĘŚCI.
Nie wiem od czego powinnam zacząć. Nie wiem nawet co chcę zawrzeć w tej opinii. Uczucia? Ból? Radość? Na „Requiem” czekałam od października. Naprawdę mocno wyczekiwałam tej książki, a gdy zaczęłam czytać spotkało mnie to..

Lena dalej mieszka w Głuszy, tym razem są z nią nie tylko Odmieńcy, ale także Julian. Dziewczyna po wydarzeniach opisanych na ostatnich kartach „Pandemonium” odsuwa ukochanego nie mogąc zapomnieć o Aleksie. O Aleksie, który jest tak blisko niej. O chłopaku, dzięki któremu poznała miłość. Aleks jednak zmienił się od czasu ich poprzedniego spotkania. Jak zakończyła się ich historia?

Pierwszym co muszę przyznać jest to, że na początku lektury się nudziłam. Irytowało mnie zachowanie bohaterów, ale także brak emocji, których w poprzednich tomach było multum.

Akcja była nijaka; nic ciekawego się nie działo. Nie poddawałam się jednak, przebrnęłam kilkadziesiąt stron i zatonęłam. Czułam się tak jakbym zasnęła na kilka godzin. Fabuła się niesamowicie rozkręciła, a ja zaczęłam dostrzegać uczucia i emocje. Ogarnęła mnie melancholia i smutek, jakby wszystko wróciło na swoje tory. Od tego czasu nie mogłam już książki odłożyć, zostałam wchłonięta do świata stworzonego przez Oliver.

„Doskonałość jest obietnicą, a zarazem potwierdzeniem, że nasza droga jest słuszna.”

Początkowo główna bohaterka denerwowała mnie swoim niezdecydowaniem i wątpliwościami. Była przedstawiona inaczej niż w poprzednich tomach; jakby pisarka nie poświęciła jej uwagi. Po pewnym czasie swoim uporem i determinacją zaczęła przejawiać się w niej dawna Lena. Lena, która musiała patrzeć na chłopaka, którego już dawno uznała za zmarłego. Bardzo przy tym cierpiała i jej ból udzielał się także mnie. Sam Alex stał się oschły i widać było, że zaszły w nim zmiany. Swoim zachowaniem intrygował i sprawiał, że chciałam więcej jego występów. Przeszkodą był jednak Julian. Nieszczególnie zdobył moje serce w drugiej części i tym razem było podobnie. Cień sympatii poczułam do niego pod koniec „Requiem”, kiedy przestał być ciągle tym biednym i poszkodowanym chłopcem, a zrozumiał czym jest Głusza i walka. Przez całą książkę męczyła mnie niewiedza związana z tym trójkątem. Trójkątem bardzo zgrabnym jak na literaturę młodzieżową.

„To właśnie robią ludzie w tym chaotycznym świecie, świecie wolności i wyboru: odchodzą, kiedy chcą. Znikają, wracają, potem znowu znikają. A ty zostajesz z tym sam i musisz się jakoś pozbierać.”

Lauren Oliver przedstawia Nam czytelnikom tak piękną historię, że nie da się o niej zapomnieć. Pióro pisarki niezwykle przemawia do ludzkiego serca. Autorka w ostatniej części przywróciła Hanę i pokazała jak wygląda życie po zabiegu. Dobrze było porównać sobie zachowanie Leny i jej byłej przyjaciółki. Konfrontacja obu dziewczyn była nieprzewidywalna i niemal bolesna, a zakończenie wątku z Haną smutne. Finał powieści pozostawił po sobie niedosyt, ale sprawił również, że nie potrafiłam powstrzymać napływających łez. Ciężko zrozumieć, że TO już koniec.

Myślę, że zawarłam już wszystko co potrafiłam opisać. Wiem jednak także, że by zrozumieć genezę tej trylogii trzeba ją po prostu przeczytać. Żadna recenzja, opinia, ani komentarz nie odda tego co pokazała Lauren Oliver. Dziękuję.

Za książkę serdecznie  dziękuję