niedziela, 20 maja 2012

"Dobro umiera w ciszy" - Patryk Omen


"Być człowiekiem – to dostateczny powód, żeby być nieszczęśliwym."


1 część cyklu.
Już wiele razy wspominałam, że obawiam się czytać książki polskich pisarzy. Mimo to zaciekawiona sięgam po każdą lekturę, napisaną przez rodaka. „Dobro umiera w ciszy” było moim kolejnym ‘eksperymentem’.

Do Kobiety-Medium przychodzi dziewczynka i prosi o pomoc. Chce poznać historię Karola i Amandy Matlak, a żeby to zrobić obie muszą wyruszyć w podróż. Towarzyszyć im będzie pewien mężczyzna.
Nastepnie poznajemy wspominane wyżej młode małżeństwo. Od początku przeżywamy historię, która im się przytrafiła i którą po kilku latach chce poznać dziewczynka.

Pomysł na fabułę był niekonwencjonalny i oryginalny. Od początku jest tajemniczo, a akcja pędzi powoli, wprowadzając czytelnika w szczegóły. Autor cały czas ukrywa przed nami wątki, by nagle zapoznać nas z jakimś faktem, przez co jesteśmy w szoku. W naszych głowach piętrzą się pytania i z zainteresowaniem brniemy dalej.
Bardzo dobrym posunięciem było miejsce akcji: Polska.  Nie czuć w książce amerykańskiej sztuczności. Niestety zabrakło barwnych opisów polskich miast, czy wsi, wręcz przeciwnie, nazwy miejsc pozostały ukryte (plus do tajemniczości).
Patryk Omen stworzył  historię, która potrafi wywołać ciarki, pisarz potrafi wzbudzić grozę, jednocześnie wprowadzając nas w stan psychiczny i emocjonalny postaci.
W książce występowało dużo miłosnych uniesień, jednak tak stonowanych by czytelnikowi, który Nie lubuje się w opisach erotycznych przeżyć, to nie przeszkadzało.

„Okaż ludziom trochę zainteresowania, a wciągną cię w swój świat. Głównie w swoje problemy. Szczęściem się Nie dzielą. Dyskontują je w samotności. Jesteśmy pod tym względem pieprzonymi egoistami. Wszyscy.”

Bohaterów nie poznajemy wielu. Czasami przewijają się przez powieść ludzie, którzy dla nas nic nie znaczą. Głównymi postaci są Amanda i Karol. Poznajemy ich myśli, wątpliwości, a także pragnienia. Rozumiemy ich ból i utożsamiamy się z nim. Bohaterowie wykreowani są nie idealnie, posiadają wiele wad. Dostrzegamy także błędy jakie w życiu popełnili, ale wiemy dlaczego tak postąpili.
I chociaż osobiście na początku polubiłam i Amandę i Karola, po pewnym czasie do tego drugiego poczułam wielką niechęć i myślę, że wiele kobiet się ze mną zgodzi.

Patryk Omen nie bał się używać wulgaryzmów, czasami wręcz z tym przesadzał.
Jednak można uzasadnić to kryzysowymi sytuacjami, w których każdy traci nerwy.
Narracje zastosował naprzemienną. Na początku każdej części (w sumie było ich trzy) opowieść ze strony Kobiety-Medium, potem historia szła narracją trzecioosobowa, opowiadając co dzieje się z Karolem i Amandą.
Co do stylu pisarza był prosty. Autor nie starał się używać wyszukanych słów, czuć było normalność powieści. Opisał też wiele życiowych rzeczy tzn. sprawy, które dręczą ludzi, ich prawdziwe problemy.

Opisując okładkę mogłabym użyć tylko jednego określenia: genialna!
Jest nie tylko przepiękna (na swój sposób) i przyjemna w dotyku, ale to idealne wprowadzenie do historii, która czeka po otwarciu.
Papier książki jest świetny, a czcionka dostosowana do rozmiaru wydania.
Coś co rzuciło mi się w oczy to literówki. Z początku mi nie przeszkadzały, ale sytuacja powtarzała się kilka razy, co zaczęło mnie irytować.

„Ta dziewczyna,  jej historia, wywarły na mnie tak ogromny wpływ, iż wciąż nie potrafię o niej zapomnieć – a minęło już od tamtej pory kilka miesięcy. Śnię i myślę o niej. Mam ją ciągle przed oczami.” – napisał na początku autor jako Kobieta-Medium.
Ja mogę się pod tym jedynie podpisać.
„Dobro umiera w ciszy” skończyłam w jeden dzień i to nie ze względu na małą objętość. Zostałam tak wciągnięta, że nie potrafiłam się oderwać.
Tego co czułam po przeczytaniu ostatniej strony, nie da się opisać.
Trochę czasu minęło odkąd ją skończyłam, więc nie jestem ‘na świeżo’, ale pamiętam, że miałam mieszane uczucia.
Historia tak mnie zaskoczyła i mi się spodobała, że nie potrafię przestać o niej myśleć. Jednak zakończenie wbiło mnie w fotel i książka wylądowała na ścianie. Byłam po prostu w szoku, na dodatek nie chciałam  żeby to był już koniec.

To nie pierwsza powieść Patryka Omena. Znalazłam informacje o jego poprzednich książkach, jednak nie mogę zapewnić, że je przeczytam. Będę się obawiała czy aby te historie są dla mnie. Wiem za to, że jeżeli któraś lektura pisarza, trafi w moje ręce to przeczytam na sto procent. Sama jednak nie będę ich poszukiwała.

Choćbym chciała nie mogę polecić wszystkim. Z pewnością „Dobro umiera w ciszy” nie jest dla przeciwników ostrzejszych słów i zachowań. Nie jest też dla osób, które w prawdziwej opowieści nie cenią magii, dla innych jednak ta książka to będzie rarytas – jak dla mnie.

„Boże, chcę o tym zapomnieć…”


Za książkę serdecznie dziękuję:

piątek, 18 maja 2012

Shirley - Charlotte Bronte


„Ponieważ najbardziej pragnie się zatrzymać to, co można najłatwiej stracić.”

„Shirley” to książka, którą rozpoczęłam kilka miesięcy temu. Dlaczego więc cały czas ją odkładałam? Czy była aż tak zła?

Powieść rozpoczyna się od spotkania trzech wikarych. Już na początku panowie zaczynają prowadzić zażartą dyskusję na temat polityki. Nagle spotkanie zmierza w złą stronę i wybucha kłótnia, po której mężczyźni się rozchodzą.

Autorka od progu wita nas słowami „Jeśli ten wstęp wzbudził w Tobie, Czytelniku, nadzieję na romantyczne wrażenia, czeka Cię zawód. […] Leży przed Tobą coś autentycznego.”
Te zdania mnie zainteresowały, bo choć myślałam, że to właśnie romantyczna historia to zostałam zaciekawiona. Teraz stwierdzam, że jednocześnie i zostałam wprowadzona w błąd i nie.
„Shirley” obfituje w romantyczne przeżycia. Nieszczęśliwa miłość to w pewnym sensie główny wątek, jednak tak jak Charlotte Bronte napisała to historia autentyczna. Nawet jeżeli nie wydarzyła się naprawdę, to była niezwykle realna i uwierzyłam w nią całkowicie.
Dlaczego napisałam, że „w pewnym sensie”? Dlatego, że powieść jest wielowątkowa i tematów, które występują często, jest wiele. To jakby ktoś opowiedział nam czyjeś całe życie. Historia miała początek i koniec. I przede wszystkim wszystko zostało nam wyjaśnione.

„Większość nas doświadczyła w swym życiu chwil, w których czuliśmy się całkowicie opuszczeni, chwil, w których nasze serca, osłabione płonnymi nadziejami, zamierały.
Trzeba nam jednak pamiętać, że ta straszliwa godzina jest często jak najciemniejszy moment nocy, który poprzedza zaranie nowego dnia, jak ów przełomowy czas w roku, kiedy to wiejący ponad stwardniałą ziemią lodowaty wiatr śpiewa żałobną pieśń odchodzącej zimy i przynosi z sobą przepowiednie zbliżającej się wiosny.”

Czas bym wspomniała o swoich przyjaciołach. Dlaczego tak piszę? Bo właśnie przez to, że „Shirley” w moim życiu była kilka miesięcy, do bohaterów nie tylko się przyzwyczaiłam i ich polubiłam, ale przede wszystkim zawarłam z nimi przyjaźnie. (Przynajmniej z niektórymi.)
Niemal każda przedstawiona postać, została opisana „od góry do dołu”. Poznałam wygląd zewnętrzny każdej z nich tak dobrze jak charakter.
Zostały mi ukazane wady i zalety postaci, a wszyscy niewątpliwie je posiadali.
Za bohaterów pisarce należą się pokłony, bo stworzyła ich tak, że czytelnik w którymś ujrzy cząstkę siebie.

 „-Mężczyźni są z reguły podli, zupełnie nie tacy, jak sądzisz. I Nie udaję, że jestem bodaj trochę lepszy.”

Narracja została wprowadzona trzecioosobowa. Chociaż można by to negować tym, że pisarka historie opowiadała czytelnikom, a nie tylko ją napisała. Zwracała się do nas „Czytelniku”, więc  w pewnym sensie była również pierwszoosobowa. Dzięki temu Bronte nawiązała ze mną kontakt emocjonalny.
I chociaż książka należy do tych starszych (XIX w.) to styl i język bardzo mi odpowiadały. W „Shirley” znajdowały się wyrażenia, których się już nie używa, zdziwić mogły także niektóre tradycje czy przyzwyczajenia bohaterów ale za to poczułam piękno XIX – wiecznej Anglii. Byłam w środku zdarzeń i właśnie ta magia jest jedną z głównych pozytywnych cech powieści.

Okładka od pierwszego wejrzenia wpada w oko. Piękna kobieta i nutka tajemniczości, zachęcają do sięgnięcia po lekturę. Jednak po otwarciu i przy dłuższym użytku, zobaczyć można także mankamenty wydania. Ze względu na grubość książka niemal rozpadła mi się w rękach. Okładka odklejała się i nie pomagało mi to w czytaniu.
Czcionka za to mi się podobała, była w sam raz.
Uwagę mam jednak do opisu znajdującego się na tylnej okładce. Zdradza on za dużo z fabuły i jeżeli czytelnik chce być zaskoczony nie powinien go czytać.

Powieść zakończyła się tak jak tego nie cierpię. Tym razem jednak, nie umiałam wyobrazić sobie by było inaczej. Takiego finału oczekiwałam i mimo, że nie byłam zaskoczona to był przepiękny i uroniłam przy nim łzę. Pożegnać z bohaterami było mi się naprawdę ciężko.

Charlotte Bronte to autorka „Dziwnych losów Jane Eyre”, powieści, która zdobyła grono fanów. Nie czytałam tej książki i chociaż wolałabym dalej zagłębić się w przygody postaci występujących w „Shirley” to z chęcią sięgnę po inne dzieło pisarki.

„Shirley” to nie jest książką dla każdego. Możliwe, że nie spodoba się osobom, które nie lubują się w XIX - wiecznej Anglii, innych za to chwyci za serce. Warto zaryzykować. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać, to zachęcam do nadrobienia.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


___________________________________________________________

Dlaczego nie było mnie niemal dwa tygodnie?
Tym razem to nie było spowodowane moim lenistwem, a wręcz przeciwnie - pracą. Jaką? Poprawianiem ocen. Tak to jest jak się uczeń budzi pod koniec roku. Książek w maju przeczytałam jak na razie bardzo mało, z recenzjami jest jeszcze gorzej i myślę, że przez jakiś czas to nie ulegnie zmianie, za co przepraszam: Wydawnictwa jak i Was Drodzy Blogerzy!
Staram się nadrabiać czytanie waszych recenzji/postów, jednak to także przychodzi mi w trudem. Proszę o wybaczenie , cierpliwość i zaufanie. Po roku szkolnym wezmę się ostro do pracy! A teraz trzymajcie kciuki!

sobota, 5 maja 2012

Delirium - Lauren Oliver


„Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija.”


Amor deliria nervosa potocznie zwana miłością to najbardziej zdradliwa choroba na świecie. By jej zapobiec naukowcy wymyślili remedium – lekarstwo. Każdy obywatel Stanów Zjednoczonych po skończeniu osiemnastu lat udaje się na zabieg, po którym jego uczucia zostają zduszone. Taki zabieg czeka Lenę. Dziewczyna nie boi się go, a wręcz przeciwnie – nie może doczekać się ‘zbawienia’. Do czasu..

Od pierwszych stron „Delirium” daje się wyczuć pewną atmosferę. Oczekiwanie dziewczyny na zabieg, który pozbawi ją uczuć, dla czytelnika jest szokiem. Lena zaskakuje swoim przekonaniem jakoby miłość była chorobą. Na początku ciężko się do tego przyzwyczaić, jednak z czasem zaczynamy rozumieć zasady panujące w świecie przedstawionym przez Lauren Oliver.
Miejsce zdarzenia jest na tyle realne, że jesteśmy w stanie uwierzyć w prawdziwość historii.
Pisarka chciała przekazać czytelnikowi nową, nietuzinkową, inną, ale ciekawą fabułę. Z tym poradziła sobie bardzo dobrze, bo chociaż akcja momentami była bierna, czasami sięgała apogeum przez co lekturę czytało się z rosnącym zaciekawieniem, żwawiej.

„Wiesz, że nie możesz być szczęśliwa, jeżeli czasami nie bywasz nieszczęśliwa, prawda?”

Z bohaterami pisarka zapoznaje nas dość konsekwentnie.
Na początku przedstawia Lenę – siedemnastolatkę, wierzącą w potęgę Konsorcjum, rządu panującego w Stanach. Ta Lena jest bojaźliwa, boi się, że popełni przestępstwo, zrobi coś niezgodnego z zasadami miasta, w jakim żyje.
Bohaterka jest po prostu nudna i jej niepewność i strach tylko męczą czytelnika. Na szczęście zdarza jej się zaszaleć za pomocą Hany – najlepszej przyjaciółki, dziewczyny, która nie pozostaje ukryta w cieniu prezydenta, rządu i strażników. Dzięki jej barwnej osobowości, powieść nabiera rozpędu.
Bardzo ważną postacią w wyniku, której główna bohaterka się zmienia jest chłopak po zabiegu – Alex. Pracujący na pół etatu jako strażnik pozostaje w bliskim kontakcie z tymi, którzy utrzymują porządek w mieście. Mimo to zostaje obdarzony zaufaniem Leny.

„On jest moim światem i mój świat jest nim i bez niego nie ma świata.”

Język pisarki lekko zaskakuje, bo pomimo swojej prostoty jest urzekający.
Lauren Oliver pisze lekko, a historia, którą stworzyła wciąga, bo nie jest banalna. Porusza kwestie uczuć, wyborów i trudności, które trzeba przezwyciężyć. Opisuje nam jak wielką siłę trzeba mieć by poświęcić siebie dla ukochanej osoby. Pisarka kluczy pomiędzy tym co właściwe, a tym co sprawiedliwe.
Jej niezwykły styl i słowa jakimi do mnie przemawiała pozostaną w mojej głowie na długo.
„Delirium” opowiedziane jest z perspektywy Leny, której uczucia nie są nam obce już na początku. Narracja jest wpasowana idealnie, nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej.

„Chwile szybkie jak mgnienie oka, jak trzask migawki: delikatne, piękne i skazane na przemijanie jak motyl trzepoczący rozpaczliwie skrzydłami podczas wzmagającego się wiatru.”

Chociaż przez całą powieść, zaskakiwana byłam niewiele razy, to finał był dla mnie szokujący. Odłożywszy książkę, leżałam na łóżku, z szeroko otwartymi oczyma, pełnymi łez i szybko bijącym sercem. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.
Wiem, że „Delirium” to pierwsza część trylogii i mam nadzieję, że w kolejnej pisarka nie zdecyduje się banalnie i najprościej jak się da wytłumaczyć zdarzeń kończących historię pierwszej części.
Zakończenie było piękne i bardzo zaskakujące i to nim najbardziej przekonała mnie do siebie Lauren Oliver.

„Pamiętam tylko ciepły dotyk jej palców na mojej twarzy tamtej nocy i ostatnie słowa, które wyrzekła do mnie szeptem: ‘Pamiętaj, kocham Cię. Tego nie mogą nam odebrać.’”

Jednak nie była to pierwsza powieść autorki. Jej poprzednia książka „7 razy dziś” zdobyła wiele fanów w Polsce i choć ja jeszcze jej nie czytałam, to moje pierwsze spotkanie z pisarką było tak udane, że z pewnością sięgnę po wszystko co wyjdzie spod jej pióra.

„Miłość – jedno słowo, niby nic, nieznaczne jak ostrze noża. Właśnie tym jest: ostrzem, krawędzią. Przechodzi przez środek twojego życia, dzieląc wszystko na pół. Przed i po. Cały świat spada na którąś ze stron.
Przed i po. I w trakcie – moment na krawędzi.”

Zaczynając „Delirium” nie wiedziałam czego się spodziewać. Wcześniej przeczytałam już trochę recenzji i moje zdanie było podzielone między je, a między to czego ja oczekuję. Nagle zaczęłam i przepadłam. Lektura nie jest znakomita, a notka z tyłu „Jesteś po wrażeniem „Igrzysk Śmierci”? Oto następna trylogia, […]”  budziła tylko mój śmiech. Myślałam wtedy ‘co ma piernik do wiatraka’? I dalej tak myślę. „Delirium” zostało niejako porównane do trylogii, która była wyśmienita, a takie porównania dobrze nie działają na lekturę. Na szczęście ja ominęłam to, wiedząc że w książce, którą czytam czeka na mnie inna, osobna historia. I jestem ogromnie szczęśliwa, że ją przeczytałam. Teraz pozostaje mi tylko czekać, z utęsknieniem (o tak!) na drugą część. I tak, zapomniałabym, polecam wam. Wszystkim? Tak. Historia jest nie tylko o miłości, ale także o walce. Dlatego dla każdego coś innego.

Za książkę serdecznie dziękuję

wtorek, 24 kwietnia 2012

Hyperversum - Cecilia Randall


"Gra o życie"

Był moment, w którym na blogach pojawiał się przesyt recenzji "Hyperversum", ale potem nagle wszystko ucichło. To ja zadam  pytanie: dlaczego? Dlaczego najczęściej dodawane recenzje to te z najnowszymi pozycjami, dlaczego tak niewiele osób sięga po te wydane parę miesięcy temu? Takie książki jak "Hyperversum" powinny być odświeżane na nowo, wciąż na nowo reklamowane. Czy wtedy druga część nie nadeszłaby szybciej?

Daniel, Ian, Jodie, Donna i Carl zaczynają rozgrywkę "Hyperversum" gry RPG. Nagle pierwsza trójka znajduje się w XIII wiecznej Francji. Przyjaciele zdezorientowani i przerażeni szybko wpadają w kłopoty, po których następuje splot innych wydarzeń. Daniela, Iana i Jodie czeka niesamowita przygoda w kraju, który jest im obcy i czasie bardzo odległym od współczesnego.

Podróże w przeszłość w literaturze występowały. Jednak takie przez grę, nie. Pomysł niekonwencjonalny i oryginalny, co za to z jego wykonaniem?
Fabuła ma coś w sobie, że wciąga od niemal pierwszej strony. Wartka akcja, wiele niebezpieczeństw, tajemnice i kłamstwa. W świat "Hyperversum" jak zostałam wciągnięta tak przepadłam.
Kolejną rzeczą jest przedstawienie XIII wiecznej Francji, postaci które wtedy żyły czy rozegranych bitew w tym czasie.
Sama pisarka wyjaśniła, że niektórzy bohaterowie opisani zostali na faktach, inni zaś stworzeni przez jej wyobraźnię. Mimo to czułam się jakbym w roku 1214 rzeczywiście poznawała wszystkich rycerzy, feudałów czy damy dworu. Nawet Francja została opisana tak barwnie i realnie, że również z Ianem stałam pod Klasztorem Saint Michel. Coś niesamowitego. Jestem pod wrażeniem stworzenia świata tak realnego.

"Denerwujący głosik w jego głowie wciąż jednak przypominał mu, że to już nie jest gra i że w razie niepowodzenia nikt nie podaruje drugiego życia przed nieuchronnym game over."

Bohaterowie to wątek, nad którego oceną zastanawiałam się długo.
Po pierwsze to różnorodność charakterów. Każdą postać można uznać za wyjątkową.
Na początku Daniel był po prostu mdły. Uwielbiał swojego przyjaciela Iana i wpatrzony w niego jak w obrazek, użalał się nad sobą. Myślałam wtedy: litości. I moja sympatia do niego sięgała cna. Nagle zrozumiałam, dlaczego pisarka zrobiła
z niego taką żałosną postać. Z czasem chłopak staje się inny, widać zmiany jakie się w nim dokonały po przeżyciu wielu rzeczy.
Ian z kolei to niemal "Edłard". Rycerski i odważny, niepokonany. Przyznam, że to w pewnym momencie także mi wadziło, ale potem zaczęłam się przyzwyczajać i dostrzegać pozytywy.
W trakcie powieści oprócz Jodie i Donny poznajemy także inną kobietę, która odgrywa kluczową rolę w historii. Postać, do której od pierwszej strony poczułam sympatię,co z czasem się tylko umacniało.

"Kiedy zabrakło przy nim najbliższych, opadł z sił i zdawał się pogrążać w pustce."

Niezwykłe. Nie wiem co mogłabym napisać o pisarce żeby ująć to jak bardzo mi zaimponowała.
Jej język jest tak barwny, że 750 stron spędziłam pośród fantastycznych miejsc i ludzi. Niesamowita wyobraźnia, ale także wielka nauka historyczna przemawiały do mnie z kart powieści.
Cecilia Randall prowadząc historię w narracji pierwszoosobowej i stwarzając dialogi, przy których towarzyszył mi uśmiech, strach czy smutek zdobyła moje serce.

" - Wiem, że jestem osłem. Ale nie zrobiłem tego specjalnie. [...]
- Zakochałeś się w niej - powiedział Daniel.
[...] - Tak.
- No to masz rację: jesteś osłem."

Okładka za to mnie nie przekonuje. Postacie na niej są sztuczne i chociaż kolorystycznie bardzo mi się podoba, to pozostawia wiele do życzenia.
Czcionka i reszta wydania są dobre.

Przechodząc do finału i opisując go, wstrzymuję powietrze po czym składam wielki ukłon autorce. W pamięci szukam
przymiotników określających zachwyt i...
Niesamowity i genialny finał.
Najpierw zalałam się łzami. Nie wiem jak to możliwe, ale bardzo mnie wzruszył. Po wielkiej rozpaczy nadeszła nadzieja i promyczek światła poleciał w moją stronę. Cecilia Randall zakończeniem trafiła w mój gust. Dokładnie tak jak lubię.

"Jeśli będziesz czekać na lepsze czasy, szybko się zestarzejesz."

Chciałabym uchwycić wszystko o czym myślałam przez dwa dni po przeczytaniu "Hyperversum". Obawiam się jednak, że mi się to
nie uda. Nie szkodzi spróbować.
Po pierwsze: gdyby nie nawał pozytywnych recenzji książką bym się nie zainteresowała co byłoby wielkim błędem. Historię
pochłonęłam szybciej niż niejedną trzystu-stronicową. To jak mnie pochwyciła pokazuje jej genialność.
Wielkim zaskoczeniem był dla mnie także temat. To raczej nie jest coś co lubię i z czym się spotykam, więc jeszcze bardziej
jestem zaskoczona, że tak mi się podobała.
Pisarka stworzyła dla mnie coś idealnego. Wzbudzającego wiele emocji i przysięgłam sobie, że jak druga część nie pojawi się na polskim rynku  mimo całkowitej nieznajomości języka, ze słownikiem, translatorem czy tłumaczem z krwi i kości, będę siedziała i dukała. Warto wspomnieć, że oryginalny język powieści to włoski.
"Hyperversum" to książka o której myślę dalej i będę myślała długo. Nie wiem dlaczego, bo czytając recenzje innych blogowiczów historia została mianowana: zwykłą i dobrą. A ja się z tym nie zgodzę i piszę zachęcające tak dla takich książek w Polsce.
Opowieść o Ianie, Jodie i Danielu zostaje jedną z moich ulubionych powieści.
Jakieś wątpliwości?

Więcej o powieści na: www.hyperversum.pl


Za książkę serdecznie dziękuję

sobota, 21 kwietnia 2012

Głos w wietrze - Francine Rivers

"Rzym cnotliwy zwyciężał, Rzym występny zginął."

Kiedyś wspominałam już jak bardzo uwielbiam książki o Starożytnym Rzymie. Po pozytywnej recenzji, postanowiłam sięgnąć po kolejną trylogię o tym temacie.

Matka Hadassy zostaje zabita, a jej siostra umiera z wycieńczenia. Przez to dziewczyna zostaje oddana do niewoli rodzinie Walerianów. Ma służyć najmłodszej, niemalże w jej wieku dziewczynie, Julii.
Julia i Markus to rodzeństwo, które czeka dużo problemów.
Julia zostaje wydana za mężczyznę, którego nie zna, a Markusa nie interesuje miłość. Chociaż w Rzymie majątkowo powodzi im się bardzo dobrze to nie są szczęśliwi.
Jest jeszcze Atretes, Germanin również wzięty do niewoli jednak jako gladiator. Wojownik będzie walczył, dopóty, dopóki nie zostanie uwolniony.

Pierwszy rozdział był chyba najlepszy. Krwawa walka, zabijanie bez wyrzutów sumienia i ból Hadassy po stracie rodziny. Akcja z samego początku zmusiła mnie bym czytała dalej.
Starożytny Rzym, chrześcijanie, wiara w wielu Bogów czy walki gladiatorów to wszystko można znaleźć w pierwszej części trylogii "Znamię Lwa".
Mnie przyciągnął sam Rzym, dzięki czemu zostałam pozytywnie zaskoczona. Fabuła jest bardzo rozbudowana, parę głównych wątków, jednak rozmieszczonych tak, że się nie gubimy. Świat, który przedstawiła nam pisarka wciąga tak, że czytelnik nie jest w stanie oderwać się od książki.

"- Miłość jest cierpliwa, Markusie - [...] miłość jest łaskawa. Nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego. Miłość nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli z prawdą."

Głównych bohaterów jest czterech.
Hadassa - wielka chrześcijanka, która zaczyna pałać uczuciem do Markusa. Dobra, oddana, prawdomówna. Niestety czasami te cechy jej charakteru gubią ją i stawiają w wielkim niebezpieczeństwie, sytuacji bez wyjścia.
Markus - "Markus jest przystojny, rozumny, wymowny, przebiegły [...] " - opisuje go pisarka. Ja mogę się pod tym tylko podpisać i dodać, że czasami chłopak zachowywał się jakby miał serce z kamienia, innym razem jak bardzo dobry człowiek.
Julia - "[...] Julia - piękna, czarująca, pełna życia." - z początku z pewnością taka była, potem stała się zbyt dumna, zaczęła zachowywać się egoistycznie i to co robiła przerażało mnie, a krzywdy jakich dokonywała wzbudziły mój gniew i łzy.
Atretes - wielki wojownik germański, zostając gladiatorem w Rzymie buntuje się. Tęskni za żoną i swoim krajem, więc dla nich walczy. Swoją siłą dokonuje wielkich rzeczy. Jest inteligentny, jednak z czasem zaczyna popełniać błędy, które bardzo zmieniają jego życie.

"[...] życie jest jak sztuka sceniczna, Julio, my zaś ją piszemy. Myśl o tym jak o akcie sztuki... jednym krótkim akcie, po którym zdarzy się jeszcze mnóstwo innych rzeczy."

Chociaż książka do najnowszych nie należy, jej język, język pisarki jest przystępny. W klimat walk w Galilei, ojczystego kraju Hadassy, wczułam się od początku. Barwnie przedstawiony Rzym, uczucia ludzi do kraju, nie zawsze pozytywne.
Pisarka używała terminów łacińskich, przez co czytelnik wczuwa się lepiej w historię. W książce na szczęście znajduje się słowniczek terminów łacińskich, który ułatwia nam czytanie.
Narracja trzesioosobowa raz opowiada nam co dzieje się z Hadassą, inym razem z Markusem, Julią czy Atretesem.
Dzięki przystępnemu językowi czytało mi się bardzo przyjemnie.

Finał zaś jest genialny. Gdyby "Głos w wietrze" nie był pierwszą częścią trylogii, a osobną powieścią byłabym wniebowzięta.
Dramatyczna, krawa końcówka zmusiła mnie do wypożyczenia kolejnej części, która już na mnie czeka. Nie mogę doczekać się dalszych losów bohaterów.

"Miała nadzieję, że jest jedyną kobietą w jego życiu, co jednak jeśli okaże się, iż jest jedną z wielu?"

Przede wszystkim polecam fanom Starożytnego Rzymu i opowieściom utrzymanym w jego klimacie. Jednak dla każdego czytelnika szukającego powieści o miłości, walkach i cierpieniu "Głos w wietrze" będzie nie lada gratką.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Trzy metry nad niebem - Federico Moccia

"Trzeba być podobnym, aby się zrozumieć i innym, aby się pokochać."


To moje drugie spotkanie z pisarzem, pierwsze okazało się klapą. Być może nie rozumiałam o czym autor pisze, być może na początek trafiłam na złą książkę, jednak dziwię się sama, że "Amore 14" mi się nie podobało. Po "Trzech metrach nad niebem" postanowiłam jeszcze raz spróbować z tamtą i każdą inną książką włoskiego pisarza.

Babi, bogata, inteligentna dziewczyna na imprezie poznaje przystojnego chuligana, Stepa. Chociaż z początku nie zwraca na niego uwagi, chłopak próbuje się do niej zbliżyć. Po jakimś czasie młodych ludzi zaczyna coś łączyć. Mimo apodyktycznej matki Babi, ta spotyka się ze Stepem, który powierza jej swoją największą tajemnicę.. Wtedy dziewczyna zaczyna rozumieć zachowanie chłopaka..

Może nie powinnam tego pisać, ale jestem zaskoczona, że mężczyzna potrafi tak ładnie pisać. Fabuła jaką stworzył pisarz jest nie tylko piękna, ale także wzruszająca, na dodatek obyło się bez paranormalnych rzeczy.
Początkowe wprowadzenie trochę mnie nudziło, lecz odkąd poznałam Stepa czas zaczął płynąć szybciej.
Świat jaki stworzył Moccia jest po prostu normalny. Barwnie, ale realnie opisał życie bohaterów.
Sama nie potrafiłabym opisać zwykłych czynności czy zachowań w ten sposób. Chociaż powieść to przede wszystkim wciągająca i bolesna historia pięknej miłości. Nie jest to na szczęście jedyny ważny wątek (chociaż świetny), poruszone zostają także tematy zdrady, fałszywych przyjaciół, tych prawdziwych i podwórka zbuntowanych nastolatków.

Bohaterów przewija się paleta, ale najważniejszymi są zdecydowanie Babi i Step.
Ona - ładna, z dobrego domu, inteligentna, dumna, czuła, ale także silna.
On - przystojny, niegrzeczny, biedny i skrywający tajemnicę.
W obojgu, poprzez swoje uczucia dokonują się zmiany, których sami nie spostrzegają. Zmiany, które wywierają pozytywny lub negatywny wpływ w ich dalszym życiu.
Polubiłam oboje. Bohaterka jest wyrazista i ciekawa, przez co w mgnieniu oka wzbudziła moje zainteresowanie. Mimo to nie przebiła Stepa do którego, od pierwszego spotkania zaczęło bić moje serce.
Nie są to jednak jedyne postaci wsytępujące w powieści. Następnie jest przyjaciółka Babi, czy przyjaciel Stepa. Również rodziny głównej pary i chociaż nikt nie wzbudził we mnie tak pozytywnych uczuć jak dziewczyna i chłopak, to większość polubiłam. Niektórych zachowanie mnie irytowało, ale każdy miał jakąś oryginalną cechę.

Napisałam już, że Moccia pisze pięknie i tak rzeczywiście jest. Pisarz ma lekkość pióra i choć czasami posługuje się przydługimi opisami, robi to rzadko. Używa słów, czasami wzruszających czy chwytających za serce, pokazując jak wielki ma talent. Jego styl przypadnie do gustu i kobietom i mężczyznom.
Użył narracji trzecioosobowej, mimo to uczucia boahterów są nam bardzo dobrze znane i możemy się z nimi identyfikować.
Dialogi jakie stworzył wprowadzają czytelnika w klimat powieści.
Jeżeli chodzi o język powieści, Federico poradził sobie doskonale.

Klimatyczne Włochy, piękne słowa, wielka miłość, dużo cierpienia - to wszystko składa się na powieść.
Uczuć towarzyszyło mi mnóstwo. Czasami się szczerze śmiałam, bywałam poirytowana lub zniesmaczona, lecz także się wzruszyłam. Szczególnie przy finale, który wałkuję i oceniam w każdej recenzji.
"Trzy Metry nad Niebem" to kolejna powieść o genialnym zakończeniu. Byłam poniekąd w szoku rozwiązaniu sytuacji, a jak! Ja byłam zbulwersowana! I jakże smutna. I z jednej strony mam żal, że tak się wszystko skończyło, z drugiej jednak wielkie pokłony w stronę pisarza.
Czekam teraz na kolejną część pt.: "Tylko Ciebie chcę" i jak dostanę ją w łapki, z pewnością się na nią rzucę. Chociaż pierwszą część czytałam w formie e-booka to nie chcę tego powtarzać, bo zdecydowanie wolę ją smakować z kart powieści.

Postanowiłam spróbować z innymi książkami pisarza i tak z pewnością zrobię, bo "Trzy metry na Niebem" mnie zachwyciły.
Każda romantyczna dusza (och, nie tylko!!) zagłębi się w powieść. Polecam gorąco!
Słyszałam także, że jest film na podstawie powieści, więc nie zostaje mi nic innego jak się za niego wziąć i porównać.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Osaczona - Tess Gerritsen


"Niewinni są zawsze pierwszymi ofiarami."


O mojej miłości do trillerów medycznych Gerritsen wie niemal każdy, jednak "Osaczona" to poniekąd romans. Oczywiście wątek kryminalny jest, ale jak Tess poradziła sobie w takiej powieści?

Richard Tremain został znaleziony w łóżku Mirandy Wood... martwy.
Chociaż kobieta utrzymuje, że nie było jej wtedy w domu, zostaje główną i jedyną podejrzaną.
Na dodatek Chase Tremain, brat zamordowanego chce by morderczyni znalazła się za kratkami.
I co na to wszystko żona zmarłego?
Po czasie okazuje się, że wiele osób miało motyw, dlatego Chase i Miranda poszukują winnego, na własną rękę.

Tess Gerritsen jeżeli chodzi o thrillery medyczne jest mistrzynią, ale tym razem stworzyła coś innego.
Nakreśliła obraz śledzctwa i poszukiwań winnego. Po kolei, lecz bardzo powoli odkrywała części układanki, ukazywała motywy różnych osób. Przez całą powieść ujawniała coraz nowsze rzeczy o Richardzie. W wątek kryminalny wplotła także romans. Był on trochę przewidywalny, czasami banalny, ale miał swój urok.
Świat morderstwa, wyrzutów sumienia i rozwijającej się miłości razem tworzy hsitorię, którą czytelnik śledzi z szeroko otwartymi oczyma i szybko bijącym sercem. Momentami sama byłam w wielkim szoku, bo pisarka pokazała, że zaskoczyć umie.
Fabuła mimo wątku z romansem, nie była przewidywalna, a finał wbija w fotel.

"Każdy z nas ma jakieś tajemnice."

Miranda Wood - kobieta o złamanym sercu, jednak na tyle silna żeby przerwać romans z żonatym mężczyzną. Oskarżona o morderstwo z zimną krwią, usilnie stara się udowodnić swoją niewinność. Osobiście bardzo się z nią zżyłam i myślę, że każda czytelniczka zauważy w niej coś z siebie. W życiu przecież każdy człowiek choć raz zostaje o coś, o najgłupszą rzecz oskarżony i jak się wtedy broni, skoro wszyscy są przeciwko niemu? Tak było i tutaj.
Z początku Chase Tremain - odrzucony przez rodzinę, jest pewien że  kochanka jego brata go zabiła. Z czasem, gdy bliżej poznaje kobietę zaczyna dostrzegać luki w śledztwie i postanawia sam dowiedzieć się prawdy.
Możemy poznać także zdradzoną żonę Evelyn, córkę Cassandre, która chciała przejąć firmę po ojcu i byłą kochankę Richarda, Jill.
Czy któreś z nich zabiło?

"Na szczęśliwe zakończenia trzeba sobie zapracować."

Tess Gerritsen pisze lekko, ale za to potrafi trzymać czytelnika w napięciu przez większą część hsitorii.
Jej styl zaczarował mnie już dawno i z każdą nową książką przekonuję się do niego bardziej.
Pisarka posiada także dużą wiedzę na temat tego co pisze, przez co wszystko dla czytelnika jest bardziej wiarygodne. Opowieść Mirandy poprowadziła w trzecioosobowej narracji skupiając się przy tym na portrecie psychologicznym bohaterki.

Okładka bardzo mi się podoba. Wprowadza nas w historię, która wydana jest w doprawdy ogromnej czcionce. Niby nie powinno mi to przeszkadzać, ale przez to książkę (zaledwie 300 stron) skończyłam w niepełne dwa dni. A chciałabym dłużej 'pomęczyć' się z lekturą "Osaczonej".

Jeżeli chodzi o zakończenie to podzielę je na dwie części. Wątek kryminalny i romans. Finał tego pierwszego zaskoczył mnie, a przy czytaniu go towarzyszyło mi wiele uczuć. Przerażenie, szok i zachwyt.
Za to finał wątku romansu tak jak przewidywałam znużył mnie. Nie byłam zaskoczona, skończyło się tak jak się tego spodziewałam.
Ocenę dzielę, więc na pół.

Tess Gerritsen na początku swojej kariery pisywała kryminały z romansem w tle, a w roku 1986 napisała pierwszy thriller medyczny, po którym jej kariera nabrała rozpędu. Osobiście jestem bardziej po stronie medycznych książek, ale z chęcią czytam wszystko co wyszło spod pióra pisarki. Jestem jej wielką fanką i moja przygoda z Tess nabiera tempa.

Przy podsumowaniu wspomnę o literówkach, które zdarzały się nie nagminnie, ale dość często. I chociaż wyłapuję takie błędy, to samo je dość często popełniam.
"Osaczona" była także za krótka! I to uważam za jej największą wadę. Po raz kolejny pisarka swoją powieścią zdobyła moje serce i dlatego polecam wszystkim. Może nie jest to książka genialna (jak chociażby inne powieści autorki), ale bardzo wciąga i trzyma w napięciu.
Bierzcie się za czytanie, a ja idę podziwiać ją na półce.

Za książkę serdecznie dziękuję