sobota, 4 sierpnia 2012

"Cienie na Księżycu" - Zoe Marriott




Suzume, kilkunastoletnia dziewczyna jest świadkiem morderstwa. Zabito jej ojca i kuzynkę, a jej samej grozi niebezpieczeństwo. Dlatego wraz z matką udają się do innego miasta by zamieszkać z przyjacielem ojca, Terayamą. Po pewnym czasie matka dziewczyny wychodzi za mężczyznę, a wtedy Suzume poznaje prawdę o ojczymie. Do śmierci jej ojca przyczynił się właśnie on. Nastolatka pragnie pomścić śmierć najbliższych. Ucieka więc z domu, planując zemstę, odkrywając w sobie magiczne zdolności i poznając ludzi, którzy zmienią jej świat. Czy plan dziewczyny zakończy się sukcesem?

Co skłoniło mnie do sięgnięcia po „Cienie na Księżycu”? Na pewno Nie opis powieści. Kopciuszek? Księżycowy Książę? Nie przekonywało mnie to. Jednak jak tylko książkę dostałam w swoje ręce, zaczęłam czytać.. Początek jest pełen akcji. Morderstwo, ucieczka.. jednak w ogóle mnie to Nie wciągnęło. Czytałam dalej bez większego oczekiwania, aż do pewnego momentu. Sama Nie wiem, który to był fragment, jednak nagle zaczęłam czytać z przyśpieszonym biciem serca i z rosnącym zaciekawieniem. Fabuła została wzbogacona o nowe rzeczy, bardziej interesujące, momentami mogłabym nawet rzec mrożące krew w żyłach. Najciekawszy wątek jednak i tak zaczął się jak Suzume poczęła planować zemstę. Dla niej musiała zrezygnować z miłości i podjąć trudne decyzje. To Nie było dla dziewczyny proste, ale głęboko wierzyła, że uda jej się pomścić śmierć ojca i kuzynki, jeżeli cała się poświęci dla sprawy.
Suzume bywała w miejscach, które autorka niezwykle barwnie opisała. Akcja toczyła się w Japonii, Kraju Kwitnącej Wiśni, a przynajmniej takie wrażenie miał czytelnik, bo pisarka stworzyła swój fantastyczny świat.
Chciałabym również wspomnieć o jednej rzeczy, a mianowicie o mocy jaką dziewczyna w sobie odkryła. Była tkaczką cieni, potrafiła stworzyć iluzję czegoś, co wiele razy pomagało jej w trudnych sytuacjach. Dodawało to powieści pewnego smaczku i czuć było tę magiczną część.

Kilkunastoletnia Suzume nie od początku wzbudza przychylność czytelnika. W jej życiu dochodzi do tragedii i dziewczyna nie wie jak z tym żyć. W pewnym momencie dochodzi również do samookaleczeń ze strony głównej bohaterki. Z czasem jednak, nabywając nowych doświadczeń, dowiadując się różnych rzeczy, postać staje się silną, zdecydowaną i wierzącą w jedno osobą. W jedno czyli w zemstę.. To główny punkt powieści i na nim najbardziej skupiała się Suzume. Oprócz głównej bohaterki, w powieści przewija się wiele innych postaci. Poznajemy Otiena, chłopca od którego wiele rzeczy w powieści zależy, oddaną i wspierającą Akirę, a także bezlitosnego Terayamą i matkę, która zamiast córki wybrała mężczyznę. Żeby poznać resztę bohaterów trzeba samemu zagłębić się w „Cienie na Księżycu”.

Ciężko mi ocenić język pisarki bo mam wrażenie, że dojrzewał razem z bohaterką. Na początku raziły mnie niektóre błędy stylistyczne, z czasem jednak miałam wrażenie jakby zaczęły zanikać. Pisarka zaczęła tworzyć piękną historię, a Nie tylko ją opisywać. I to dojrzewanie w jakiś sposób również do mnie przemówiło. Zoe Marriott zastosowała narrację pierwszoosobową co bardzo jej się udało. Chociaż czasami bohaterka wydawała się nad sobą użalać, to biorąc pod uwagę wydarzenia, ciężko było jej się dziwić.  Dzięki narracji w pewien sposób zżyłam się z Suzume.

Jedną z rzeczy, które przekonały mnie do przeczytania powieści była okładka. Pionowe, japońskie znaki tworzyły klimat i nastrój, przez który byłam bardziej ciekawa co znajdę w środku książki. Oprawa również mi się podoba. Ładny papier, dobra czcionka i podział lektury na trzy części: Suzume, Rin i Yue.
„Cienie na Księżycu” to trzecia powieść Zoe Marriott. Z ciekawością przeczytałabym dwie poprzednie lektury pisarki. Mam nadzieję, że któreś wydawnictwo zdecyduje się je wydać.

Historia poza czasem i ponad czasem głosi napis na okładce. I zdecydowanie książka Marriott taka jest. Wchłania czytelnika tak, że budząc się z letargu, zauważa ile czasu minęło. Mnie lektura również pochłonęła. Może nie od początku, ale jednak. Co do zakończenia to trochę się na nim zawiodłam. Zdarzyło się coś, czego się spodziewałam, ale myślę, że finał był ciekawy i dobry. Po prostu dobry.
„Cienie na Księżycu” polecam każdej osobie szukającej książki, która przeniesie wszystkich w swój własny magiczny świat.



Za książkę dziękuję serdecznie:





____________________________________
Powróciłam do blogowania. Muszę przyznać, że przez urlop i brak internetu bardzo zaniedbałam recenzje i teraz nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć na raz. Proszę o cierpliwość, powoli będę nadrabiała.

piątek, 6 lipca 2012

"Dotyk zła" - Alex Kava


Maggie O’Dell – specjalistka od portretów psychologicznych seryjnych morderców pewnego wieczoru dostaje telefon od szefa. Ma przyjechać  do Miasteczka Platte City w Nebrasce i wykonywać swoją pracę, jednak chlebodawca ma wątpliwości czy powinna to przyjąć. Dlaczego? Ponieważ kilka tygodni wcześniej  agentka prowadziła sprawę, która odcisnęła się na jej stanie emocjonalnym. Kobieta jednak jest skora do pracy i po przyjeździe do miasteczka od razu się do niej zabiera. Na miejscu okazuje się, że sprawa jest poważna. Zamordowano dziesięcioletniego chłopca, a szeryf tamtejszej policji Nick Morelli nie ma żadnych dowodów, żadnych podejrzanych, oprócz podobieństwa do mordów popełnionych przez skazanego kilka lat wcześniej Ronalda Jeffreysa.

Powieści od początku towarzyszyły dynamizm i akcja. Coś się działo, nie występowała nuda. Fabułowo książka przypomina thrillery Gerritsen. Morderstwo,  inteligentna kobieta, szeryf policji (przystojny..) to poniekąd coś co już znałam, jednak nie miałam wrażenia jakby to była kopia książek Tess.
„Dotyk Zła” rządził się swoimi własnymi zasadami, akcja była inna, wątki rozplanowane również, nie kierując się szablonem.
Fabuła wciąga czytelnika od początku. Mimo wspomnianego wcześniej porównania przy czytaniu czuć inność i wyjątkowość historii. Fragmenty były bardzo zaskakujące i z chęcią śledziłam dalsze losy bohaterów. Jednak „Dotyk Zła” to nie tylko książka akcji. Jest w niej także ciekawy i dobrze rozbudowany wątek miłosny. I ten jest jedną z lepszych rzeczy. Nie było sztucznego słodzenia, miłości od pierwszego wejrzenia i żałosnych ochów i achów co dodatkowo podnosi poprzeczkę powieści.

Maggie O’Dell przypominała mi bohaterkę książek Gerritsen, Maure Isles. Jednak jakby się przypatrzeć była całkiem inna.
Piękna, zamężna kobieta, która zwraca uwagę mężczyzn jednak nie daje ponieść się emocjom. Praktyczna i zaradna w swojej pracy, jednocześnie będąc wrażliwą. Mimo, iż parę tygodni wcześniej, prowadząc inną sprawę, spotkała ją krzywda, która odcisnęła się na jej psychice, nie zrezygnowała z zawodu. Postać, z którą od początku czujemy więź, tzw. nić porozumienia. Losy Maggie śledzimy z zaciekawieniem i przyjemnością. W moim wypadku trochę inaczej było z Nickiem Morelli.
Nick chciał się odciąć od ojca, który zdobył wiele uznania za swoją pracę, pracę szeryfa. Chciał pokazać, że jest równie dobry, jednak czasami ukazywał jedynie jak jest niedoświadczony. Dodatkowo zgubiła go pewność siebie względem kobiet. Poznając Maggie myślał, że ta ulegnie jego urokowi, przez co zachowywał się dość ofiarnie. Na szczęście z czasem zrozumiał pewne rzeczy i stał się lepszym szeryfem dążącym i odkrywającym prawdę.
Bohaterowie się zmieniają. Pod koniec nie są już tacy jak na początku, ewoluują, ukazują nam swoje słabe i mocne strony i wzbudzają przychylność czytelników. Są jednak i Ci, co swoim zachowaniem irytują. Na szczęście to postaci drugoplanowe.

Jeżeli chodzi o styl to tak jak wspominałam wcześniej, on również przywodzi mi na myśl Tess Gerritsen jednak to raczej przez podobieństwa w fabule.
Alex  Kava pisze lekko i przejrzyście. Nie posługuje się pięknymi cytatami, nie czaruje słowem, ona po prostu opowiada. Trochę mi to przeszkadzało. W pewnych sytuacjach historia aż się prosiła by użyć efektywnych określeń, które wycisnęłyby łzy z czytelnika. Dostajemy jednak tylko chłodny opis wydarzeń. Chociaż prowadząc narrację trzecioosobową, Kava wnika w umysły bohaterów, nie można oczekiwać wzruszeń.
„Dotyk zła” jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością autorki, więc być może w jej kolejnych książkach jest całkiem inaczej.

Patrząc na okładkę „Dotyku zła” nie ma żadnego: ‘wow’, jednak nie czuje się też niesmaku. Okładka po prostu jest. Zwykła, prosta, nie wzbudzająca żadnych większych emocji i nie odnosząca się do historii. Reszta wydania jest na plus. Czcionka dzięki, której czytanie jest szybsze i wygodniejsze i  okładka (od strony technicznej), która się nie odkleja.

Książka bardzo mi się podobała, ale. No właśnie jest to małe ale. Czegoś mi brakowało. Finał był świetny. Zostawia pytanie na ustach czytelnika i pewne oczekiwanie, dozę niepewności, co bardzo lubię, więc nie chodzi o zakończenie. Akcja również była dopracowana. No ale co z emocjami? Było ich mnóstwo, naturalnie, lecz zabrakło wspomnianego przeze mnie wcześniej wzruszenia. Takiej bomby, dzięki której zapamiętałabym lekturę na bardzo długo. Mimo to z pewnością przeczytam jeszcze wiele książek Alex Kavy, a i być może z czasem przejrzę i tą.
Polecam szczególnie fanom thrillerów, również tych z wątkiem miłosnym. Polecam także fanom Gerritsen, bo porównania znikąd się nie biorą.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu

wtorek, 3 lipca 2012

Szybka informacja

Nie, nie zaginęłam. Nie, nie porzuciłam bloga. Owszem, od połowy czerwca jestem na wakacjach. Owszem, zostałam bez internetu. Kiedy wracam? W połowie lipca, pod koniec? Nie jestem pewna. Jednak z ręką na sercu obiecuję i zarzekam: w sierpniu wszystko nadrobię! Książek przeczytałam masę, recenzji mam parę zaczętych, jednak nie mam jak i kiedy tego dodać. Bardzo, bardzo przepraszam że długo się nie odzywałam. Blogerów, czytelników mojego bloga, przypadkowych zaglądaczy i Wydawnictwa. Czekajcie jednak na mój powrót.
I życzę wszystkim urlopowiczom udanych, słonecznych wakacji i mocnej, brazowiutkiej opalenizny!
Niech słońce wam sprzyja!

Ps: wracam się opalać :p

środa, 6 czerwca 2012

Cykl z Tiffany

" Historia Tiffany Cullen - Aby na pewno"

Część 1 


Rozdział 5 



Następne dni minęły w zadziwiająco szybkiej równowadze. Carlisle dogadał się z Samem, z niepowodzeniem chcąc zawrzeć umowę o dawnych warunkach. Zaś przed Tiffani stało wielkie wyzwanie. Miała bowiem dokończyć wraz z Alice ostatnią klasę w liceum w Forks. 
- Ostatni raz w szkole byłam chyba ze 150 lat temu – zaśmiała się Tiffani, siedząc w swoim pokoju po turecku naprzeciwko Belli. 
Obiecała Alice, że na dwa dni przed oficjalnym rozpoczęciem roku pozwoli jej się zabrać na zakupy. Tymczasem dziewczyna, uzbrojona w grzebień i z tuzin spinek w kieszeniach starej kamizelki Emmeta próbowała zrobić fantazyjny warkocz Tiffani. 
- Mama zazwyczaj robiła mi dobierano – wspomniała siostrzenica doktora, prostując się, chcąc, by Alice nie musiała zbytnio wirować- nie znosiłam panny McGinnes, która była moją guwernantką … Rzecz jasna mama chciała sama się mną zajmować, ale dziadek strasznie jej to utrudniał … 
- Lubisz kolorowe czasopisma ?- spytała Bella , biorąc do ręki jedną z gazet, które leżały na stosiku pufy Tiffani- ja je bardzo lubię przeglądać … Charlie nie znosił, gdy mama, schowana za jakąś damulką w kreacji poniżej pasa, jak to określał, potakiwała, a on nakręcał się i dawał z siebie wszystko … 
- Pewnie jest mało wylewny?- spytała nowa Cullenówna, a żona Edwarda przytaknęła. 
- Mama nawet tak postępuje z Philem, ale on ma więcej cierpliwości … - tu Bella zamyśliła się- Tiffani, czy chciałabyś poznać mojego tatę? 
Alice syknęła, bo jej „podopieczna” aż podskoczyła, czego skutkiem kilka pasm włosów wyskoczyło spod ciasno opinających gustowny warkocz spinek. 
- No pewnie- siostrzenica Carlisle’a była rozpromieniona- uwielbiam nawiązywać nowe kontakty … a wujek wspominał, że twój tata jest bardzo fajny … 
Alice zacmokała, a Bella nagle sobie coś przypomniała. Swój serdeczny palec położyła na ustach, by po chwili nieco przygasnąć. Następnie przejechała dłonią po czole i nie patrzyła na Tiffani, która od razu to zauważyła. 
- Alice?- oczy siostrzenicy doktora powędrowały w górę- chodzi o to, czy będę w stanie zapanować nad pragnieniem ? 
- Tiffani, skarbie, wiem, że to może być dla ciebie zbyt nowe- zaczęła z troską w głosie ukochana Jaspera, a jej nowa siostra powstrzymała chichot. 
- Co jest ?- Alice miała dość wiercenia się dziewczyny, która nagle zerwała się, czego efektem warkocz nieco się rozplótł, wzięła się pod boki i powiedziała z rozbawieniem: 
- Kochanie, nie musisz się martwić, mam to opanowane … 
- Jak?- Alice była zaskoczona-przecież przebywając tyle czasu na Alasce … 
- Widocznie Carlisle ci nie powiedział- Tiffani usiadła na pufie, strącając magazyny- nie mieszkałam teraz na Alasce, tylko u pewnej śmiertelniczki, u której wynajmowałam pokój. Rzecz jasna jakoś mi szło, poza tym pracowałam w barze nieopodal … A jako Nowonarodzona rok po przemianie ukazałam się swojemu dziadkowi … Rzecz jasna znów chciał, żebym z nim zamieszkała i się zgodziłam … Był miły, zapewne bym mu się znów podporządkowała, ale potem znikłam i już do samej śmierci mnie nie zobaczył … 
- Ale- tu wtrąciła się Bella – nie wydało mu się to dziwne, wiedząc że nie żyjesz? 
- Dziadek nie widział ani krwi, ani sztyletu- wyjaśniła Tiffani- Carlisle o wszystko zadbał … po prostu znikłam … a potem się znów pojawiłam … W ciągu tych dwustu lat przebywałam w wielu miejscach na świecie, podróżowałam nawet z wujkiem, ale do pewnego czasu … On zawsze zadawał sobie wiele trudu, by mnie odszukać, ale ja na nowo budziłam się do życia i kreowałam się twórczo … 
- Malując ?- podchwyciła Bella, a Tiffani skinęła głową. Dziewczyna zsunęła nogę na posadzkę, bo zrobiło jej się niewygodnie, siedząc z nogami na pufie i ciągnęła: 
- Raz chciałam być nauczycielką, innym razem studentką … Carlisle mi niczego nie zabraniał, ale obawiał się, że przestanę się kontrolować – tu westchnęła- on zawsze był taki nadopiekuńczy, a ja inaczej to pojmowałam … po prostu czasem przesadzał … raz zdecydował się zamieszkać bliżej, bo twierdził, że źle się odżywiam i gustuję w … jeżach … 
Bella zaśmiała się razem z Tiffani, a Alice założyła ramiona na piersiach. 
-Z twojej głowy to absolutne pandorum- stwierdziła, po czy machnęła ręką- ale przed szkołą zrobię cię na bóstwo … Rosalie pomoże mi ciebie umalować … 
- Co?!- Tiffani aż spadła, po czym wstała i powiedziała z wysiłkiem: 
- Ja się nie maluję … Nie lubię … 
- Zadziwiasz mnie, dziewczyno- Alice wywróciła do góry oczami, po czym powiedziała, marząc: 
- Do twoich jasnych włosów ładnie by wyglądała zieleń … Pożyczę ci moją turkusową bluzeczkę z ładnie haftowanym kołnierzykiem … 
- Wykluczone- Tiffani pokręciła głową, a ukochana Jazza ciągnęła: 
- Może uwzględnimy tonację różu … Podkradniemy Rose trochę cieni z jej prywatnej kosmetyczki … 
Nie skończyła, gdyż dostała poduszką. Spojrzała wściekła na siostrzenicę doktora, ale ta stała za blisko, by w nią rzucić, zresztą bezradnie rozłożyła ręce. Tymczasem ktoś zachichotał. Bella założyła ręce do tyłu, a Alice schyliła się po przedmiot jej wesołości. Nie zdążyła jednak się odegrać, gdyż żona Edwarda dała skok w bok, a Tiffani zrobiła skok w tył, znajdując kryjówkę za biurkiem i nieco robiąc bałaganu na podłodze. 
- Esme będzie niepocieszona- powiedziała, co Alice dało zachęty. Zgrabnym piruetem już była przy dziewczynie i chciała ją znokautować poduszką, ale Tiffani odbiła ją ramieniem i … 
- Alice !- ktoś przebił rzecz buntu szybkim ciosem i po chwili latały pierze. 
Winowajczyni zbladła, a Tiffani z Bellą zaczęły chichotać. 
- Sorry, Emmet !- Alice też się roześmiała, po czym zdjęła poduszkę z ręki brata. 
- Nie chcę uchodzić za kurczaka, zwłaszcza, gdy jeszcze mamy lato- odrzekł z udawanym oburzeniem- a takiego załatwię wam zimą, gdy z dostawą będzie trudniej … 
- To wina Tiffani- Alice poprawiła swoją fryzurę- chciałam zrobić ją na bóstwo, a ona wolała rzucać się poduszkami … 
- A propo ciebie, skarbie- tu spojrzał z uśmiechem na siostrzenicę doktora- Carlisle dzwoni na twoją komórkę, która wibruje na stole w kuchni od najmniej dwóch minut … 
- Kurka wodna !- Tiffani podskoczyła i szybko znalazła się na dole. 
- A mówiłem o kurczaku- Emmet rozłożył „bezradnie” ręce, a Alice dała mu sójkę w bok. 
-- 
- Wujku, to ty ?- Tiffani zdążyła drugą wolną ręką rozplątać włosy, które opadły kurtyną po pas, lekko się kręcąc- tak dobrze cię słyszę … 
- Co porabiacie? – spytał Carlisle, szukając długopisu w biurku, w gabinecie. 
- Alice próbowała mnie uczesać, ale … zgubiła gdzieś wenę- skłamała dziewczyna, za co dostała poduszką od wściekłej siostry. 
- Spytaj o Charliego !- dodała szeptem Bella , siedząc po drugiej stronie stołu. 
- Wujku, mam sprawę- powiedziała Tiffani, siadając na oparciu kanapy- myślałam z Bells odwiedzić jej tatę … 
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Po chwili Carlisle spytał: 
- Jesteś pewna, że zdołasz nad sobą zapanować ? 
- Na pewno – powiedziała z uczuciem dziewczyna- możesz mi zaufać … 
- Ufam ci, Tiffy – odrzekł wujek, uśmiechając się, a jego ręka zacisnęła się pewniej na słuchawce szpitalnej, przez co sygnet nieco zaczął go uwierać na palcu- poradzisz sobie, na pewno … 
- Dzięki- siostrzenica doktora również się rozpromieniła- to pa, ! 
Gdy Carlisle się rozłączył, Alice spytała , mając cel tylko na jednym- na plastikowych torbach- A nasze zakupy ? 
- Przełożymy na jutro- powiedziała Tiffani, po czym podbiegła i dała jej całusa w policzek- wierzę w twoją inicjatywę … 
-Tak, jak we włosy- mruknęła Alice, po czym strzepnęła resztki ozdobnych gumek na posadzkę. 

-- 

- Nadal masz problem ?- spytała Bella, czesząc włosy, które sięgały jej pasa. 
Tiffani nie mogła zdecydować, czy włożyć bluzkę niebieską czy turkusową. Dziewczyna brodą przytrzymała jedną część garderoby, drugą niechcący upuściła na podłogę. 
- Na kompleksy Volturich- syknęła, po czym ładna niebieska bluzeczka również znalazła się tam, gdzie siostrzenica doktora by sobie nie życzyła. 
- Pomogę ci- żona Edwarda szybko podniosła rzecz i powiedziała: 
- Jaki miałaś kolor oczu jako człowiek ? 
- Błękitne- odparła Tiffani, ale szybko dodała: 
- Matka jednak jak na złość, ubierała mnie we wszystko odcienie zieleni … Dlatego nie skorzystałam z rady Alice … Mam dość seledynów i tych innych trawiastych barw … 
Bella zachichotała, po czym dała dziewczynie niebieską bluzeczkę, a ta ją włożyła. Dziś Tiffani miała włosy zaczesane do góry i zawiązane w kucyk, którego długi „ogon” idealnie pasował do jej dżinsowej mini. 
- Lubisz ładnie wyglądać jak Alice- zauważyła Bella z uśmiechem, siadając na krześle obok biurka- idealna kopia naszej siostry … 
- Marzenie- dodała z zamyśleniem Tiffani- Alice ma wrodzoną klasę, ja niestety szybko się potykam o najróżniejsze przedmioty … 
- Ja też to miałam jako śmiertelniczka i chyba nadal mam – westchnęła żona Edwarda, zakładając kolano na kolano. 
- Maskuję to jakoś – wyjaśniła siostrzenica Carlisle’a, po czym nagle spoważniała- Bells, dokąd będzie trwał ten konflikt z wilkołakami ? Wujek mówił, że Ness to idealna partnerka dla niejakiego Jacoba Blacka, że ze względu na nich, jako przyszłą parę miało być wszystko po nowemu … Skąd to nastawienie do nas ? 
- Samowi coś odbiła, jak i całej sforze- matka Renesmee spuściła wzrok- Jake jest mi tak bliski … ta rozłąka to jak niegojąca się rana … 
- Bells, wszystko wróci do normy- Tiffani wzięła ją za ręce i przysunęła do siebie- oni na pewno wszystko przemyślą … 
- Czuję, że Jacob nie chce być taki- wyjaśniła żona Edwarda- ale nie wiem, co go popycha w takiej niechęci … 
Tiffy ułożyła głowę na kolanach przyjaciółki i milczała wraz z nią. 
-- 
- Jesteśmy na miejscu- oznajmiła Bella, po czym pchnęła drzwiczki swojego auta i starając się być ludzka, wyszła z niego tak jak kiedyś. Tiffani zrobiła to samo i po chwili znalazła się przy siostrze. 
- niezły sprint- pochwaliła ją przyjaciółka- no-tu poprawiła swoją gustowną czarną bluzkę- to dom mojego ojca … 
- Ładny- powiedziała Tiffani, rozglądając się dookoła. Budynek pomalowany na biało i z niezwykle rodzinnym klimatem starego kawalera zrobił na niej duże wrażenie. 
Bella podeszła do drzwi, wzięła głęboki wdech i zapukała. 
- Uprzedzałam go, by nic nie kupował do jedzenia- rzuciła półsłówkiem do siostry- ale … 
- Bella ?- drzwi szybko się otworzyły i oczom dziewcząt ukazał się mężczyzna średniego wzrostu o czarnych włosach i tegoż koloru wąsach, o miłej aparycji. 
- Witaj, tato- córka ucałowała Charlie’go w policzek i uśmiechnęła się do niego. 
Ojciec Belii także był zachwycony, po czym zerknął na przyjaciółkę dziewczyny. Podniósł w sekundzie brwi, po czym powiedział: 
- A ty jesteś Tiffani, tak, siostrzenica Carlisle’a? 
- Tak, panie Swan- odpowiedziała z uśmiechem Cullenówna, po czym wręczyła mężczyźnie nieduży rulonik papieru, ozdobiony kokardką- to dla pana. 
- Żaden pan, mów mi Charlile- ojciec Belli machnął ręką i z ciekawością wziął prezent. 
- To twój portret- wyjaśniła Tiffani, zdejmując kurtkę i wieszając ją na wieszaku w przedpokoju- malowałam ze zdjęcia Bells … 
Charlile rozwinął i zacmokał: 
- Masz dziecko talent ! Aaaa- tu się rozejrzał między siostrami- jest z wami moja wnusia ? 
- Nessie została z Edwardem- pospieszyła Bella, po czym dała znak Tiffani i obie weszły do pokoju. 
Po chwili obie jednak stanęły zaskoczone. Cały stół w domu komendanta był zastawiony różnymi rodzaju frykasami domowej roboty, można było tam znaleźć fantazyjne kanapki, dwa rodzaje sałatek, napoje, ciasto … 
- Tato, prosiłam cię- Bella zmarszczyła brwi i pokręciła głową- nie chciałyśmy nic … 
- Ale Tiffani pewnie zgłodnieje- wyjaśnił nieśmiało Charlie, rumieniąc się- siadajcie proszę … 
Bella westchnęła i zajęła miejsce na kanapie. Siostrzenica doktora usiadła obok niej. 
- Tiffy, skarbie, Bells powiedziała mi, że mieszkasz w domu Cullenów- uśmiechnął się komendant- twoi rodzice wyjechali ? 
- Moi rodzice nie żyją- odparła dziewczyna- byłam bardzo malutka … Carlisle to mój jedyny krewny i prawny opiekun … A pojutrze zacznę ostatnią klasę w liceum w Forks … 
- Ooo przykro mi- Charlie posmutniał- a ze szkołą fajna sprawa … I fajnie mieć takiego wujka jak doktor Cullen … Jest świetnym chirurgiem … 
- To prawda- odpowiedziały chórem Tiffani i Bella, po czym zaśmiały się. 
Siostrzenica Carlisle’a sięgnęła po Colę w puszce, a przyjaciółka spojrzała na nią krytycznie. 
- Lubię to jako jedyny z pokarmów wiesz jakich- dodała szeptem, gdy uwagę Charlie’go ponownie pochłonął rysunek. 
Nagle wszyscy się poderwali. Ktoś głośno zapukał w drzwi frontowe. 
- Zaraz wracam- Charlie wstał z fotela i zawołał: 
- Ach, Billy, jak miło cię widzieć ! 
Bella natychmiast się podniosła. Tiffani gwałtownie się odwróciła, a córka komendanta i powiedziała szybko: 
-To ojciec Jacoba, Indianin z plemienia Quiletów … Musimy iść … 
Jej siostra skinęła głową, po czym również wstała. 
Tymczasem Charlie prowadził wózek Billy’’ego, a obok niego szedł wysoki młodzieniec … 
- Tiffani, Bella, chyba jeszcze nie idziecie ?- komendant zrobił smutną minę- miło będzie, jak dotrzymacie nam towarzystwa … 
- tato, musimy iść- odparła szybko Bella, patrząc nerwowo na Indian- Billy wie, że późny wieczór nie jest dobry dla dwóch samotnych dziewcząt … 
- Z wyjątkiem jednej mężatki- dodał z przekąsem Jacob, przejmując od Charlie’go wózek ojca. 
- Jake- upomniał go przyjaciel komendanta- zachowuj się … mamy towarzystwo dwóch dam … 
- Niestety musimy już iść, panie Black- teraz odezwała się Tiffani, ukazując swoją postać. Długie włosy spływały jej po ramieniu aż po pas. 
- Witaj- Billy spojrzał na nią z uśmiechem, ale w jego oczach bił chłód- synu, może jednak przywitasz się z Tracy na odchodnym … Wydaje się być fajną dziewczyną … 
- Jestem Tiffani Cullen- siostrzenica doktora wyciągnęła do wilkołaka rękę, na której widniał złoty pierścionek z zielonym oczkiem. 
Młodzieniec przez chwilę się wahał, oglądając ją od stóp do głów. W końcu jednak coś go przekonało do wampirzycy. 
- Jacob Black- dotknął jej dłoni, lodowatej i jednocześnie twardej- miło mi cię poznać … 
Tymczasem Bella dała znak siostrze i Tiffani przepraszając wszystkich wzrokiem, wyszła wraz z nią z domu Charlie’go. 
- Że też ten wieczór tak się skomplikował- westchnęła żona Edwarda- ale mam … 
- Był świetny- przerwała jej Tiffani- twój tata to świetny gość … I zna się w upodobaniach takiej wampirzycy jak ja … 
- Uważaj, chyba kofeina uderza ci do głowy- Bella zaśmiała się, po czym dziewczęta wsiadły do auta brunetki.


_______________________________________________

W CIĄGU DWÓCH KOLEJNYCH DNI POJAWI SIĘ RECENZJA KSIĄŻKI "DOTYK ZŁA" ALEX KAVA.

niedziela, 20 maja 2012

"Dobro umiera w ciszy" - Patryk Omen


"Być człowiekiem – to dostateczny powód, żeby być nieszczęśliwym."


1 część cyklu.
Już wiele razy wspominałam, że obawiam się czytać książki polskich pisarzy. Mimo to zaciekawiona sięgam po każdą lekturę, napisaną przez rodaka. „Dobro umiera w ciszy” było moim kolejnym ‘eksperymentem’.

Do Kobiety-Medium przychodzi dziewczynka i prosi o pomoc. Chce poznać historię Karola i Amandy Matlak, a żeby to zrobić obie muszą wyruszyć w podróż. Towarzyszyć im będzie pewien mężczyzna.
Nastepnie poznajemy wspominane wyżej młode małżeństwo. Od początku przeżywamy historię, która im się przytrafiła i którą po kilku latach chce poznać dziewczynka.

Pomysł na fabułę był niekonwencjonalny i oryginalny. Od początku jest tajemniczo, a akcja pędzi powoli, wprowadzając czytelnika w szczegóły. Autor cały czas ukrywa przed nami wątki, by nagle zapoznać nas z jakimś faktem, przez co jesteśmy w szoku. W naszych głowach piętrzą się pytania i z zainteresowaniem brniemy dalej.
Bardzo dobrym posunięciem było miejsce akcji: Polska.  Nie czuć w książce amerykańskiej sztuczności. Niestety zabrakło barwnych opisów polskich miast, czy wsi, wręcz przeciwnie, nazwy miejsc pozostały ukryte (plus do tajemniczości).
Patryk Omen stworzył  historię, która potrafi wywołać ciarki, pisarz potrafi wzbudzić grozę, jednocześnie wprowadzając nas w stan psychiczny i emocjonalny postaci.
W książce występowało dużo miłosnych uniesień, jednak tak stonowanych by czytelnikowi, który Nie lubuje się w opisach erotycznych przeżyć, to nie przeszkadzało.

„Okaż ludziom trochę zainteresowania, a wciągną cię w swój świat. Głównie w swoje problemy. Szczęściem się Nie dzielą. Dyskontują je w samotności. Jesteśmy pod tym względem pieprzonymi egoistami. Wszyscy.”

Bohaterów nie poznajemy wielu. Czasami przewijają się przez powieść ludzie, którzy dla nas nic nie znaczą. Głównymi postaci są Amanda i Karol. Poznajemy ich myśli, wątpliwości, a także pragnienia. Rozumiemy ich ból i utożsamiamy się z nim. Bohaterowie wykreowani są nie idealnie, posiadają wiele wad. Dostrzegamy także błędy jakie w życiu popełnili, ale wiemy dlaczego tak postąpili.
I chociaż osobiście na początku polubiłam i Amandę i Karola, po pewnym czasie do tego drugiego poczułam wielką niechęć i myślę, że wiele kobiet się ze mną zgodzi.

Patryk Omen nie bał się używać wulgaryzmów, czasami wręcz z tym przesadzał.
Jednak można uzasadnić to kryzysowymi sytuacjami, w których każdy traci nerwy.
Narracje zastosował naprzemienną. Na początku każdej części (w sumie było ich trzy) opowieść ze strony Kobiety-Medium, potem historia szła narracją trzecioosobowa, opowiadając co dzieje się z Karolem i Amandą.
Co do stylu pisarza był prosty. Autor nie starał się używać wyszukanych słów, czuć było normalność powieści. Opisał też wiele życiowych rzeczy tzn. sprawy, które dręczą ludzi, ich prawdziwe problemy.

Opisując okładkę mogłabym użyć tylko jednego określenia: genialna!
Jest nie tylko przepiękna (na swój sposób) i przyjemna w dotyku, ale to idealne wprowadzenie do historii, która czeka po otwarciu.
Papier książki jest świetny, a czcionka dostosowana do rozmiaru wydania.
Coś co rzuciło mi się w oczy to literówki. Z początku mi nie przeszkadzały, ale sytuacja powtarzała się kilka razy, co zaczęło mnie irytować.

„Ta dziewczyna,  jej historia, wywarły na mnie tak ogromny wpływ, iż wciąż nie potrafię o niej zapomnieć – a minęło już od tamtej pory kilka miesięcy. Śnię i myślę o niej. Mam ją ciągle przed oczami.” – napisał na początku autor jako Kobieta-Medium.
Ja mogę się pod tym jedynie podpisać.
„Dobro umiera w ciszy” skończyłam w jeden dzień i to nie ze względu na małą objętość. Zostałam tak wciągnięta, że nie potrafiłam się oderwać.
Tego co czułam po przeczytaniu ostatniej strony, nie da się opisać.
Trochę czasu minęło odkąd ją skończyłam, więc nie jestem ‘na świeżo’, ale pamiętam, że miałam mieszane uczucia.
Historia tak mnie zaskoczyła i mi się spodobała, że nie potrafię przestać o niej myśleć. Jednak zakończenie wbiło mnie w fotel i książka wylądowała na ścianie. Byłam po prostu w szoku, na dodatek nie chciałam  żeby to był już koniec.

To nie pierwsza powieść Patryka Omena. Znalazłam informacje o jego poprzednich książkach, jednak nie mogę zapewnić, że je przeczytam. Będę się obawiała czy aby te historie są dla mnie. Wiem za to, że jeżeli któraś lektura pisarza, trafi w moje ręce to przeczytam na sto procent. Sama jednak nie będę ich poszukiwała.

Choćbym chciała nie mogę polecić wszystkim. Z pewnością „Dobro umiera w ciszy” nie jest dla przeciwników ostrzejszych słów i zachowań. Nie jest też dla osób, które w prawdziwej opowieści nie cenią magii, dla innych jednak ta książka to będzie rarytas – jak dla mnie.

„Boże, chcę o tym zapomnieć…”


Za książkę serdecznie dziękuję:

piątek, 18 maja 2012

Shirley - Charlotte Bronte


„Ponieważ najbardziej pragnie się zatrzymać to, co można najłatwiej stracić.”

„Shirley” to książka, którą rozpoczęłam kilka miesięcy temu. Dlaczego więc cały czas ją odkładałam? Czy była aż tak zła?

Powieść rozpoczyna się od spotkania trzech wikarych. Już na początku panowie zaczynają prowadzić zażartą dyskusję na temat polityki. Nagle spotkanie zmierza w złą stronę i wybucha kłótnia, po której mężczyźni się rozchodzą.

Autorka od progu wita nas słowami „Jeśli ten wstęp wzbudził w Tobie, Czytelniku, nadzieję na romantyczne wrażenia, czeka Cię zawód. […] Leży przed Tobą coś autentycznego.”
Te zdania mnie zainteresowały, bo choć myślałam, że to właśnie romantyczna historia to zostałam zaciekawiona. Teraz stwierdzam, że jednocześnie i zostałam wprowadzona w błąd i nie.
„Shirley” obfituje w romantyczne przeżycia. Nieszczęśliwa miłość to w pewnym sensie główny wątek, jednak tak jak Charlotte Bronte napisała to historia autentyczna. Nawet jeżeli nie wydarzyła się naprawdę, to była niezwykle realna i uwierzyłam w nią całkowicie.
Dlaczego napisałam, że „w pewnym sensie”? Dlatego, że powieść jest wielowątkowa i tematów, które występują często, jest wiele. To jakby ktoś opowiedział nam czyjeś całe życie. Historia miała początek i koniec. I przede wszystkim wszystko zostało nam wyjaśnione.

„Większość nas doświadczyła w swym życiu chwil, w których czuliśmy się całkowicie opuszczeni, chwil, w których nasze serca, osłabione płonnymi nadziejami, zamierały.
Trzeba nam jednak pamiętać, że ta straszliwa godzina jest często jak najciemniejszy moment nocy, który poprzedza zaranie nowego dnia, jak ów przełomowy czas w roku, kiedy to wiejący ponad stwardniałą ziemią lodowaty wiatr śpiewa żałobną pieśń odchodzącej zimy i przynosi z sobą przepowiednie zbliżającej się wiosny.”

Czas bym wspomniała o swoich przyjaciołach. Dlaczego tak piszę? Bo właśnie przez to, że „Shirley” w moim życiu była kilka miesięcy, do bohaterów nie tylko się przyzwyczaiłam i ich polubiłam, ale przede wszystkim zawarłam z nimi przyjaźnie. (Przynajmniej z niektórymi.)
Niemal każda przedstawiona postać, została opisana „od góry do dołu”. Poznałam wygląd zewnętrzny każdej z nich tak dobrze jak charakter.
Zostały mi ukazane wady i zalety postaci, a wszyscy niewątpliwie je posiadali.
Za bohaterów pisarce należą się pokłony, bo stworzyła ich tak, że czytelnik w którymś ujrzy cząstkę siebie.

 „-Mężczyźni są z reguły podli, zupełnie nie tacy, jak sądzisz. I Nie udaję, że jestem bodaj trochę lepszy.”

Narracja została wprowadzona trzecioosobowa. Chociaż można by to negować tym, że pisarka historie opowiadała czytelnikom, a nie tylko ją napisała. Zwracała się do nas „Czytelniku”, więc  w pewnym sensie była również pierwszoosobowa. Dzięki temu Bronte nawiązała ze mną kontakt emocjonalny.
I chociaż książka należy do tych starszych (XIX w.) to styl i język bardzo mi odpowiadały. W „Shirley” znajdowały się wyrażenia, których się już nie używa, zdziwić mogły także niektóre tradycje czy przyzwyczajenia bohaterów ale za to poczułam piękno XIX – wiecznej Anglii. Byłam w środku zdarzeń i właśnie ta magia jest jedną z głównych pozytywnych cech powieści.

Okładka od pierwszego wejrzenia wpada w oko. Piękna kobieta i nutka tajemniczości, zachęcają do sięgnięcia po lekturę. Jednak po otwarciu i przy dłuższym użytku, zobaczyć można także mankamenty wydania. Ze względu na grubość książka niemal rozpadła mi się w rękach. Okładka odklejała się i nie pomagało mi to w czytaniu.
Czcionka za to mi się podobała, była w sam raz.
Uwagę mam jednak do opisu znajdującego się na tylnej okładce. Zdradza on za dużo z fabuły i jeżeli czytelnik chce być zaskoczony nie powinien go czytać.

Powieść zakończyła się tak jak tego nie cierpię. Tym razem jednak, nie umiałam wyobrazić sobie by było inaczej. Takiego finału oczekiwałam i mimo, że nie byłam zaskoczona to był przepiękny i uroniłam przy nim łzę. Pożegnać z bohaterami było mi się naprawdę ciężko.

Charlotte Bronte to autorka „Dziwnych losów Jane Eyre”, powieści, która zdobyła grono fanów. Nie czytałam tej książki i chociaż wolałabym dalej zagłębić się w przygody postaci występujących w „Shirley” to z chęcią sięgnę po inne dzieło pisarki.

„Shirley” to nie jest książką dla każdego. Możliwe, że nie spodoba się osobom, które nie lubują się w XIX - wiecznej Anglii, innych za to chwyci za serce. Warto zaryzykować. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać, to zachęcam do nadrobienia.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu:


___________________________________________________________

Dlaczego nie było mnie niemal dwa tygodnie?
Tym razem to nie było spowodowane moim lenistwem, a wręcz przeciwnie - pracą. Jaką? Poprawianiem ocen. Tak to jest jak się uczeń budzi pod koniec roku. Książek w maju przeczytałam jak na razie bardzo mało, z recenzjami jest jeszcze gorzej i myślę, że przez jakiś czas to nie ulegnie zmianie, za co przepraszam: Wydawnictwa jak i Was Drodzy Blogerzy!
Staram się nadrabiać czytanie waszych recenzji/postów, jednak to także przychodzi mi w trudem. Proszę o wybaczenie , cierpliwość i zaufanie. Po roku szkolnym wezmę się ostro do pracy! A teraz trzymajcie kciuki!

sobota, 5 maja 2012

Delirium - Lauren Oliver


„Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotka, jak i wtedy, kiedy cię omija.”


Amor deliria nervosa potocznie zwana miłością to najbardziej zdradliwa choroba na świecie. By jej zapobiec naukowcy wymyślili remedium – lekarstwo. Każdy obywatel Stanów Zjednoczonych po skończeniu osiemnastu lat udaje się na zabieg, po którym jego uczucia zostają zduszone. Taki zabieg czeka Lenę. Dziewczyna nie boi się go, a wręcz przeciwnie – nie może doczekać się ‘zbawienia’. Do czasu..

Od pierwszych stron „Delirium” daje się wyczuć pewną atmosferę. Oczekiwanie dziewczyny na zabieg, który pozbawi ją uczuć, dla czytelnika jest szokiem. Lena zaskakuje swoim przekonaniem jakoby miłość była chorobą. Na początku ciężko się do tego przyzwyczaić, jednak z czasem zaczynamy rozumieć zasady panujące w świecie przedstawionym przez Lauren Oliver.
Miejsce zdarzenia jest na tyle realne, że jesteśmy w stanie uwierzyć w prawdziwość historii.
Pisarka chciała przekazać czytelnikowi nową, nietuzinkową, inną, ale ciekawą fabułę. Z tym poradziła sobie bardzo dobrze, bo chociaż akcja momentami była bierna, czasami sięgała apogeum przez co lekturę czytało się z rosnącym zaciekawieniem, żwawiej.

„Wiesz, że nie możesz być szczęśliwa, jeżeli czasami nie bywasz nieszczęśliwa, prawda?”

Z bohaterami pisarka zapoznaje nas dość konsekwentnie.
Na początku przedstawia Lenę – siedemnastolatkę, wierzącą w potęgę Konsorcjum, rządu panującego w Stanach. Ta Lena jest bojaźliwa, boi się, że popełni przestępstwo, zrobi coś niezgodnego z zasadami miasta, w jakim żyje.
Bohaterka jest po prostu nudna i jej niepewność i strach tylko męczą czytelnika. Na szczęście zdarza jej się zaszaleć za pomocą Hany – najlepszej przyjaciółki, dziewczyny, która nie pozostaje ukryta w cieniu prezydenta, rządu i strażników. Dzięki jej barwnej osobowości, powieść nabiera rozpędu.
Bardzo ważną postacią w wyniku, której główna bohaterka się zmienia jest chłopak po zabiegu – Alex. Pracujący na pół etatu jako strażnik pozostaje w bliskim kontakcie z tymi, którzy utrzymują porządek w mieście. Mimo to zostaje obdarzony zaufaniem Leny.

„On jest moim światem i mój świat jest nim i bez niego nie ma świata.”

Język pisarki lekko zaskakuje, bo pomimo swojej prostoty jest urzekający.
Lauren Oliver pisze lekko, a historia, którą stworzyła wciąga, bo nie jest banalna. Porusza kwestie uczuć, wyborów i trudności, które trzeba przezwyciężyć. Opisuje nam jak wielką siłę trzeba mieć by poświęcić siebie dla ukochanej osoby. Pisarka kluczy pomiędzy tym co właściwe, a tym co sprawiedliwe.
Jej niezwykły styl i słowa jakimi do mnie przemawiała pozostaną w mojej głowie na długo.
„Delirium” opowiedziane jest z perspektywy Leny, której uczucia nie są nam obce już na początku. Narracja jest wpasowana idealnie, nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej.

„Chwile szybkie jak mgnienie oka, jak trzask migawki: delikatne, piękne i skazane na przemijanie jak motyl trzepoczący rozpaczliwie skrzydłami podczas wzmagającego się wiatru.”

Chociaż przez całą powieść, zaskakiwana byłam niewiele razy, to finał był dla mnie szokujący. Odłożywszy książkę, leżałam na łóżku, z szeroko otwartymi oczyma, pełnymi łez i szybko bijącym sercem. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.
Wiem, że „Delirium” to pierwsza część trylogii i mam nadzieję, że w kolejnej pisarka nie zdecyduje się banalnie i najprościej jak się da wytłumaczyć zdarzeń kończących historię pierwszej części.
Zakończenie było piękne i bardzo zaskakujące i to nim najbardziej przekonała mnie do siebie Lauren Oliver.

„Pamiętam tylko ciepły dotyk jej palców na mojej twarzy tamtej nocy i ostatnie słowa, które wyrzekła do mnie szeptem: ‘Pamiętaj, kocham Cię. Tego nie mogą nam odebrać.’”

Jednak nie była to pierwsza powieść autorki. Jej poprzednia książka „7 razy dziś” zdobyła wiele fanów w Polsce i choć ja jeszcze jej nie czytałam, to moje pierwsze spotkanie z pisarką było tak udane, że z pewnością sięgnę po wszystko co wyjdzie spod jej pióra.

„Miłość – jedno słowo, niby nic, nieznaczne jak ostrze noża. Właśnie tym jest: ostrzem, krawędzią. Przechodzi przez środek twojego życia, dzieląc wszystko na pół. Przed i po. Cały świat spada na którąś ze stron.
Przed i po. I w trakcie – moment na krawędzi.”

Zaczynając „Delirium” nie wiedziałam czego się spodziewać. Wcześniej przeczytałam już trochę recenzji i moje zdanie było podzielone między je, a między to czego ja oczekuję. Nagle zaczęłam i przepadłam. Lektura nie jest znakomita, a notka z tyłu „Jesteś po wrażeniem „Igrzysk Śmierci”? Oto następna trylogia, […]”  budziła tylko mój śmiech. Myślałam wtedy ‘co ma piernik do wiatraka’? I dalej tak myślę. „Delirium” zostało niejako porównane do trylogii, która była wyśmienita, a takie porównania dobrze nie działają na lekturę. Na szczęście ja ominęłam to, wiedząc że w książce, którą czytam czeka na mnie inna, osobna historia. I jestem ogromnie szczęśliwa, że ją przeczytałam. Teraz pozostaje mi tylko czekać, z utęsknieniem (o tak!) na drugą część. I tak, zapomniałabym, polecam wam. Wszystkim? Tak. Historia jest nie tylko o miłości, ale także o walce. Dlatego dla każdego coś innego.

Za książkę serdecznie dziękuję